A+ A A-

Japońska szkoła - mity i rzeczywistość

Oceń ten artykuł
(5 głosów)
Moje spotkanie z systemem edukacyjnym Japonii miało miejsce prawie 30 lat temu podczas stażu na Politechnice Tokijskiej (Tokyo Kogyo Daigaku). To wtedy po raz pierwszy usłyszałam o „piekle” japońskiej szkoły. Myślę, że wiekszość cudzoziemców przyjeżdżających tutaj ma ten sam obraz: wyścig od przedszkoła po uniwersytet w dostaniu się do takiej placowki, aby umożliwiło to potem ukończenie jak najlepszego wydziału na prestiżowej uczelni, w celu dostania jak najlepiej płatnej posady, najlepiej w administracji państwowej.

Tak więc kiedy po parunastu latach przyjechałam tu z moją 7-letnią córką Olą stanęłam przed dylematem, jaką wybrać szkołę. Możliwości jest wiele: japońska, zagraniczna, prywatna lub państwowa. Moja córka nie znała ani języka angielskiego, ani japońskiego, dlatego obie opcji wydawały się być dobre. Czym się więc kierować? Oczywiście pierwsza sprawa to koszty edukacji. Wiadomo, że szkoły prywatne i zagraniczne są drogie a te wydatki będą obciążać budżet przez co najmniej 12 lat. Po drugie nie bez znaczenia była kwestia codziennego dojazdu. Po trzecie wreszcie, po co uczyć się po angielsku skoro nadarza się niepowtarzalna szansa opanowania języka japońskiego na poziomie równym rodowitym Japonczykom. Biorąc to wszystko pod uwagę zdecydowalismy się na lokalną szkołę państwową, położoną o 10 minut drogi piechotą od domu.

Ola była jedyną białą cudzoziemką w tej szkole i na początku mieliśmy obawy, czy i jak będzie zaakceptowana przez innych uczniów. Tak zwane tyranizowanie lub upokarzanie (po ang. bullying, po japońsku – ijime) nie jest zjawiskiem odosobnionym zwłaszcza w stosunku do mniejszości narodowych. My na szczęście przez całe 12 lat nie mielismy z tym problemu.

Przeciwnie, Ola była lubiana w szkole i nawet przez parę lat pełniła funkcję klasowej.

Poza tym obawialiśmy się, czy Ola da sobie radę z językiem japońskim Tym bardziej, że szkołę zaczęła nie od początku roku, tzn. od kwietnia a dopiero od września, kiedy już wszyscy uczniowie opanowali hiraganę i katakanę i mogli samodzielnie przepisywać do dzienniczka polecenia nauczyciela. Przyznaję, że nie przypuszczałam, iż Ola tak szybko opanuje te dwa alfabety, tak że nie minął tydzień a ona nie musiała już prosić nauczyciela o pomoc w wypełnianiu dzienniczka..

Ola bardzo polubiła szkołę i szybko nawiązała kontakty zarówno z koleżankami jak i kolegami, ale najbardziej przypadły jej do gustu szkolne posiłki. Rzeczywiście były one bardzo urozmaicone i to zarówno pod względem kolorystycznym jak i wartości odżywczych. Ja je doceniłam dopiero wtedy, gdy Ola poszła do liceum i codziennie musiałam jej przygotowywac tzw. obento czyli drugie śniadanie, a zważywczy, że Ola nie jada zimnych potraw (zwłaszcza ryżu) musiałam uzyskać specjalne pozwolenie na podgrzewanie jej obento w mikrofalowce, z której korzystali tylko nauczyciele. W szkole podstawowej Oli był też zwyczaj comiesięcznych narodowych posiłków. Był dzień włoski, rosyjski, meksykański a więc nie mogło zabraknąć i polskiego. W tym celu osoba odpowiedzialna za menu szkolne skontaktowała się ze mną i poprosiła o krótki instruktaż . Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o polską potrawę narodową, to zapewne odpowiedziałby: schabowy z kapustą. Schabowy jednak za bardzo przypomina japońskie tonkatsu a zakup importowanej kapusty kiszonej na kilkaset posiłków wyczerpałby prawdopodobnie budżet szkoły na cały rok. Pomyślałam więc o pierogach z mięsem i surowką ze świeżej kapusty. Zaprosiłam do domu szkolną dietetyczkę i razem przygotowałyśmy próbke polskiego dania. W warunkach domowych same robiłyśmy ciasto na pierogi, ale biorąc pod uwagę ilość, jaką trzeba by zrobić w szkole poradziłam zakupienie gotowego ciasta tzw. gyoza-no kawa. Zreszta sama teraz też korzystam z tego pomysłu. I tym to sposobem Ikebukuro Dai-ichi Shogakko było prawdopodobnie jedyną szkołą podstawową w Japonii serwująca polski posiłek.

Z przedmiotów nauczanych w szkole bardzo podobały się Oli lekcje muzyki i kaligrafii. Uczniowie mają tu możliwość poznania wszystkich instrumentów teoretycznie i praktycznie. Raz nawet Ola próbowała sił w grze na akordeonie. Jednak jej ulubionym instrumentem było taiko (japoński bęben). Jeżeli zaś chodzi o kaligrafię, to według mojej córki lekcje uczyły nie tylko piękna i harmonii, ale także odprężały i wyciszały. Ola zresztą chodziła na dodatkowe lekcje i w sztuce tej osiągnęła drugi dan. Myślę, że i w polskiej szkole takie lekcje by się przydały. Nie wnikam w programy nauczania poszczególnych przedmiotow w szkole japońskiej, bo trudno je porównać z polskimi, ale jest jedna rzecz warta propagowania. Chodzi mianowicie o przygotowanie do wystąpień przed szerokim audytorium. Poprzez częste wystąpienia przed gronem klasowym uczeń pozbywa się stresu związanego z publiczną prezentacją swoich poglądow i przemyśleń.

Nie potrafię też ocenić, na ile moja córka miała szczęście do nauczycieli, a na ile jest to reguła. Fakt pozostaje jednak faktem, że japońscy nauczyciele poświęcają uczniom znacznie więcej czasu poza godzinami lekcyjnymi, niż ich polscy koledzy po fachu. Uczeń może w każdej chwili zwrócić się do nauczyciela o pomoc w rozwiązaniu swojego problemu lub o poradę, np. jak przygotować prezentację, czy jaką szkołę wybrać do dalszej edukacji. Na pewno pod tym wzgledem należy wspomnieć o nauczycielach z Oli liceum. Była to szkoła wyjątkowa w tym sensie, że w przypadku trudności w rozumieniu i pisaniu po japońsku (szkoła przyjmowała bowiem uczniów po długim pobycie za granicą) uczeń miał zorganizowane dodatkowe lekcje po południu i to bez dodatkowych opłat.

Ze szkoły japońskiej przejęłabym też zwyczaj chodzenia w mundurkach. Pewnie niektórzy mogą mi zarzucić, że jest to ograniczenie swobody, ale jak ogląda się rewie mody w polskich szkołach, to przyznam, że wolę ten sposob ubierania. Według mojej znajomej, w szkole jej syna w Warszawie nawet bielizna musi być markowa! Jedyne zastrzeżenie jakie mam do japońskich mundurków, to ich cena i to, że nawet w zimie obowiązują do nich podkolanówki. Z tego powodu w chłodne dni zimowe moja córka musiała prosić o specjalne pozwolenie na zakładanie rajstop lub spodni.

Jest jeszc że jedna rzecz godna polecenia: sprzatanie szkoły. Uczniowie byłi zobowiazani do sąmodzielnego dbania o porządek nie tylko w klasach, ale również na korytarzach, nie mówiąc już o toaletach. Sprzątanie szkoły w Japonii nieI było formą kary tylko stanowiło codzienny obowiązek ucznia. Myślę, że ten sposob wychowania, poprzez prace, wywołałby zdziwienie w polskiej szkołę.

Naturalnie, poza niewątpliwymi zaletami japoński system szkolny ma też swoje wady. Do podstawowej zaliczyłabym nieefektywny sposób ucz nia języka angielskiego. Za dużo czasu podczas lekcji poświęca się na gramatykę i składnię (objaśniane po japońsku!) a za mało na słuchanie, rozumienie tekstu i konwersacje. W rezultacie, na żadne pytanie poza „How are you?” i „What is your name?” nie uzyskamy odpowiedzi. Oczywiście istnieje instytucja juku - platnych lekcji poza szkoła. Na takie zajęcia uczęszcza większość uczniów, aby uzupełnić braki w materiale, nie tylko zresztą z angielskiego. Jednak są to zajecia do późna w nocy i według mnie mają one sens jedynie w skrajnych przypadkach. Moja córka nigdy nie chodziła do juku i twierdzę, że jeżeli uczeńn uważa na lekcji (a nie śpi, bo wrócił późno z juku!) i odrabia zadane lekcje, to jest w stanie zdać do każdej szkoły i na każdy uniwersytet.

Nie popieram też pomysłu zadawania prac domowych na wakacje. W końcu jest to czas odpoczynku i relaksu. Pamiętam, jak moja córka wozila ze sobą do Polski w lecie podręczniki, aby odrobić zadania, które w całkiem sporej ilości zadali jej nauczyciele. A przecież w czasie wolnym od zajęć można też się "uczyć" tyle, że nie z podręcznika a np. obserwując przyrodę. Jak się domyślam, zapewne spora ilość zadawanych prac domowych ma na celu odciągnać młodzież od telewizora i gier komputerowych.

Jest jeszcze jedna sprawa, która dla nas cudzoziemców była trudna do zaakceptowania. Jest to tzw. system starszeństwa (sempai-kohai) w klubach szkolnych czyli podczas zajęć dodatkowych (bukatsu). Moja córka tylko dlatego zrezygnowała z gry w badmingtona, że w pierwszej klasie musiała podawać lotki i sprzątać po wszystkich. Jak się domyślam, chodzi tu pewnie o swoistą formę treningu przed dorosłym życiem zawodowym w firmie, w której każdy musi zacząć od najniższego szczebla.

Wszystko o czym tu napisałam jest wynikiem naszych osobistych doświadczeń. Są to zapewne bardzo subiektywne odczucia i nie każdy musi się z nimi identyfikować. Biorąc jednak pod uwage fakt, że wiekszość czytelników „Gazety Polskiej” staje przed dylematami, gdzie i jak kształcić własne dziecko, pozwolilam sobie na tę parę dywagacji w nadziei, że pomogą one w znalezieniu optymalnego rozwiązania. Bo w końcu, jakie wykształcenie osiągnie nasze dziecko zależy od wyboru dokonanego przez rodziców na samym początku trudnej drogi edukacji.

Gazeta polska w Japonii Nr 3 (48) czerwiec 2006

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Japonia mniej znana

  • 1
  • 2
Sanmachi-suji w Takayama

Sanmachi-suji w Takayama

Takayama to jedno z najbardziej urokliwych miast w... Więcej

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu to jeden z oryginalnych japońskich owoców cyt... Więcej

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się