A+ A A-

"Kura domowa" poślubiona "rasiście"?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Autentycznie serdecznie współczuję każdej mężatce, która żyje w Japoni, a nie jest Japonką. I to wcale niezależnie od tego, komu jest poślubiona. Poza nielicznymi wyjątkami, które mają zwyczaj potwierdzać reguły, taka pani spędza życie sama. Może je spędzać w Klubie Polskim czy jakimś innym. Może sobie urozmaicać czas w Tokyo American Club, jeśli ją stać na ponad milion jenów warte roczne członkostwo tego klubu i jeśli mieszka gdzieś nie za daleko.

Może podjąć pracę. Ale czego by się taka pani nie imała i tak nie będzie miała życia małżeńskiego, jakie zwykło się wieść w kulturze chrześcijańskiej.

Niezależnie bowiem od obecnej mody na chrześcijaństwo, zwłaszcza na chrześcijański wystrój ślubów (ona cała w bieli i welonie, a on w czarnym fraku) japońska kultura sama w sobie nie jest oparta ani na biblijnym systemie wartości, ani nie podąża za wzorcami kulturowymi, wyrosłymi z tychże wartości.

Choć Królestwo, składające się z Korony i Litwy, poprzez wieki całe było państwem wielonarodowym z trzema oficjalnymi językami i wieloreligijnym, ceniącym nawet swą mniejszość tatarską (patrz "Potop" czy "Krzyżacy"), utrata niepodległości wskutek rozbiorów, wynaradawiająca nas polityka zaborców, ostatnia okrutna wojna, jak i swoisty "pasaż" kulturowy przez komunizm - wszystkie te doświadczenia narodowe praktycznie służyły uproszczonej definicji Polaka jako katolika. W swej 1000 letniej tradycji mamy też własne wzorce na życie, a w tym wyobrażenia idealnej rodziny. Dopóki jesteśmy w Polsce, nic nie podważa naszej obecności w dobrze znanej kulturze. Jeśli wychodzimy za mąż za cudzoziemca i nadal mieszkamy w Polsce, zasadnicze ramy naszego funkcjonowania nie ulegają drastycznym zmianom.

Żyjemy więc w Polsce parami. Wszędzie zapraszają nas razem. Święta rodzinne spędzamy w ustalonym gronie. Wyczekujemy urlopów i to najlepiej długich, też zawsze razem. Czujemy się jakby nieswojo w teatrze bez męża. Nadal nie chodzimy praktycznie same do restauracji, a co dopiero do nocnego baru. Czujemy się lepiej, gdy on przepuszcza nas przodem i niesie naszą walizkę. Nawet jak pracujemy zawodowo, uważamy, że to on powinien głównie łożyć na rodzinę, a my mamy te swoje "extra" pieniążki. W jakiś sposób ten "on" warunkuje stale naszą pozycję społeczną. Już nie ma tego w przepisach prawnych. Ale jest to stale w naszych głowach i sercach.

Więc gdy znajdziemy się w Japoni, gdzie nie żyje się parami, zwłaszcza małżeńskimi, a raczej w grupie, gdzie ludzie opierają się bardziej na przyjacielu czy przyjaciółce w życiu codziennym niż na mężu czy żonie, gdzie kobieta sama może praktycznie iść wszędzie, nawet do nocnego baru, gdzie dziewczyny do dyskoteki chodzą z koleżanką, gdzie kobiety nie dyskutują swoich wydatków ani swoich rodzinnych decyzji z mężami, tylko po prostu zarządzają domem, dziećmi i całym majątkiem według swego najlepszego rozeznania - tu czujemy się nieco zagubione i jakby poza nawiasem.

W obcej kulturze każdy czuje się nieco samotnie. Japończykom też trudno wyjść poza ich kulturę i autentycznie porozumieć się z nami. Tolerują więc nas wśród siebie i nawet bardzo starają się jakoś pomóc. Tylko jak?

Ich przyjaźnie datują się ze szkoły jeszcze. Japonki mają swe rozliczne zrzeszenia, gdzie udzielają się grupowo. Mają nawet ogólnonarodowe zrzeszenie gospodyń domowych, które ma niemałe wpływy polityczne. W końcu to kobiety wydają w Japonii pieniądze. Dlatego noszą z wdziękiem bardzo drogie ubrania, chodzą w brylantach i są głównymi odbiorcami życia kulturalnego tego kraju. Doborowe towarzystwo tworzy kanwę życia codziennego Japończyków płci obojga. Małżeństwo nie jest tu sakramentem, a raczej sprawą społeczno-polityczną. Uczucia są mile widziane, choć - jako nietrwałe z definicji - nie muszą warunkować rodziny. Więc zarówno mąż jak i żona mogą się zakochać poza małżeństwem i wcale nie rozbijać rodziny z tego powodu. Liczne seriale japońskie właśnie o takich perypetiach traktują.

W Japonii praktycznie do 17 wieku rodzinny porządek był bardziej matriarchalny. 200 lat szogunatu rodziny Tokugawa i okres Meiji podniosły znacznie pozycję mężczyzny, ale nigdy nie do tego stopnia, co w naszej kulturze. Kobieta zawsze miała i ma prawo do swego odrębnego majątku jak i do całego majątku męża. Choć słowo okusan znaczy "kobieta z głębi domu", to jest to termin chiński, który w Japonii jest rozumiany nieco inaczej niż w Chinach - jest to forma (śmieszne) honorowa. Starojapońskie "kanai" określa osobę, która zawiaduje posesją wewnątrz, czyli jest sercem domu. I z reguły interesy w Japonii do epoki Meiji prowadziły kobiety. Obecna, pewna "inflacja" wartości kobiety w Japonii jest właściwie rezultatem wpływów kultury amerykańskiej, choć daleko nadal Amerykankom do autentycznej pozycji tych niby uciśnionych kobiet Kraju Kwitnącej Wiśni. Światem kręcą pieniądze, a pieniądze są w rękach Japonek. Tu nadal jak żona dziedziczy coś po swej rodzinie, jest to jej wyłącznie. Jak jest spadek po męża rodzinie, jest wspólny, czyli też jej. Tu mężczyzna musi uzgodnić rozwód z żoną, bo inaczej go nie otrzyma. Tu mężczyzna czasem znika, ucieka do kartonowego pudełka gdzieś na dworcu, bo nie umie się postawić żonie (wcześniej nie umiał się postawić matce). Tu mało która siedzi w domu i gotuje czekając na męża, jak to robią nasze nie pracujące zawodowo panie. Ubrania pierze pralnia. Jedzenie można kupić gotowe. Sprzątanie jest na telefon. Zakupy też można robić telefonicznie. I jest tu mnóstwo ciekawych i społecznie pożytecznych działań, które podejmują kobiety. To dzięki nim Japonia jest wciąż schludna, estetyczna, uczciwa i dokładna. To uparta i znająca się na rzeczy kobieta doprowadziła w końcu do upadku Aum Shinrikyo. To Japonka wyleciała w kosmos. Co-op dostarczający nam zdrowej żywności jest korporacją założoną przez kobiety i z myślą o zatrudnianiu kobiet. To kobiety prowadzą prywatne dwujęzyczne przedszkola w Tokio, organizują wystawy plastyczne dla niewidomych, itd.

Wrażenie, jakiemu ulega większość Polek w Japoni wynika z ich statusu bycia praktycznie poza japońskim żywo funkcjonującym społeczeństwem. Stąd tyle niewłaściwych spostrzeżeń i błędnych interpretacji. Jak bowiem można nie lubić oyaji, czyli tatusiów, tych pracujących całe dnie za wydzielane im co dnia przez żony 1000 jenów na lunch jedynie, tych, którym może nie starczyć na witaminy dla nich samych, ale ich dzieci mają wszystko co najlepsze? To prawda, że trudno z nimi rozmawiać, bo są zbyt zmęczeni i ograniczeni praktycznie do swego zawodu. Ale czy zasługują w zamian za swe mało wymagające za to pełne pracy życie na wzgardę?

Wiele rzeczy w Japonii wygląda inaczej, niż widzą to cudzoziemcy. Bo każdy patrzy przez pryzmat swej kultury. Np. z perspektywy japońskiej słowo gaikokujin oznacza po prostu nie-Japończyka, nie mając tak uniwersalnego wydźwieku jak słowo cudzoziemiec. Czyli rację mają Japończycy zauważając, że poza Japonią mieszka więcej gaikokujinów.

Gazeta Klubu Polskiego w Japonii Nr 6 (15), grudzień 2000

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Japonia mniej znana

  • 1
  • 2
Sanmachi-suji w Takayama

Sanmachi-suji w Takayama

Takayama to jedno z najbardziej urokliwych miast w... Więcej

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu to jeden z oryginalnych japońskich owoców cyt... Więcej

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się