A+ A A-

Morze drzew samobójców

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

Japonia nie może narzekać na brak symboli. Reprezentują ją nie tylko wschodzące słońce, kwitnące wiśnie czy Chryzantemowy Tron, ale przede wszystkim majestatyczna królowa japońskich gór: Fudżi. Jednakże, opiewana przez artystów i czczona przez szintoistycznych oraz buddyjskich pielgrzymów Fudżi jest piękna, symetryczna i nieskazitelna tylko z daleka.

Mozolna wędrówka po jej jałowych, pokrytych szarym pyłem wulkanicznym i zastygłą lawą, zboczach - zwłaszcza na ostatnim odcinku trasy - nieodparcie kojarzy się ze wspinaczką po gigantycznej popielniczce. Zdobywanie samego szczytu to już praktycznie brnięcie po hałdzie żużlu, a widoki wcale nie są zachwycające. Na dodatek, po zdobyciu szczytu okazuje się, że stożkowaty kształt zdeformowany jest przez pomniejsze kratery pasożytnicze - jest ich ponad sto, choć nie wszystkie są widoczne.

Ale najbardziej rozczarowującą stroną świętej-nieświętej Fudżi jest las samobójców - Aokigahara - który znajduje się w jej najniższych partiach. Statystycznie rzecz biorąc, co trzy dni u podnóża Fudżi odbiera sobie życie jeden człowiek.

Piknik pod wiszącym salarimanem

Aokigahara to zespół leśny o powierzchni 35 kilometrów kwadratowych, inaczej zwany Jukai (樹海), czyli Morze Drzew. Choć śmierć w japońskiej kulturze nie jest religijnym tabu, ta z pozoru poetycka nazwa w Japończykach wzbudza grozę i jednoznacznie kojarzy się z samobójstwem. W Aokigahara rocznie dochodzi do około 100 samobójstw. Piszę "około", ponieważ rząd japoński kilka lat temu zaprzestał aktualizowania danych. Japońskie media niechętnie wspominają tę mroczną okolicę, a władze nieudolnie próbują zmienić trupi wizerunek kompleksu leśnego i promują go jako idealne miejsce na …wyprawy turystyczne i pikniki (sic!) Był kiedyś, co prawda, film "Piknik pod wiszącą skałą", ale piknik pod wiszącym salarimanem1 to już chyba lekka przesada. Ale japońscy politycy są mistrzami w zamiataniu pod dywan, czy raczej, w upychaniu pod maty tatami, niewygodnych skutków systemu. Las wisielców? Skądże znowu - wyśmienity teren na majówkę i odkrywanie tajemnic lasu!

Chociaż nie powinno to właściwie szokować w kraju, w którym nowy-stary premier rozpoczyna rządy od wzbudzania nacjonalistycznych sentymentów, prowokując burzliwe dyskusje obietnicą przekształcenia Sił Samoobrony w pełnowartościowe siły zbrojne i publicznie wyrażając skruchę, iż za poprzedniej kadencji nie bywał w kontrowersyjnej Yasukuni Shrine, gdzie spoczywają prochy zbrodniarzy wojennych klasy A - sprawdzona strategia rozdrażniania chińskich i koreańskich sąsiadów, i odwracania uwagi narodu od rzeczywistych problemów. A jest od czego odwracać uwagę. Nie rozwiązane problemy współczesnej Japonii to nie tylko 30 tysięcy samobójstw rocznie, ale przede wszystkim skażenie radioaktywne z uszkodzonej elektrowni atomowej we Fukushima, epidemia depresji i innych chorób afektywnych, horendalnie wysokie opłaty za studia, spadający odsetek urodzin, itd.

Ostatnia herbatka martwych dusz

Jako że góry lubię podziwiać od spodu i wyłącznie z zewnątrz - żadne tam groty i jaskinie - na szczycie Fudżi nie byłam, ale w Lesie Samobójców - owszem. Wraz z dwoma Francuzami i Japończykiem błąkałam się tam ładnych parę godzin - jeden z moich francuskich towarzyszy był fotografem, a drugi przewodnikiem przyrodniczym oprowadzących turystów po lasach Bordeux. Trzeci - japoński student - mieszkał w pobliskiej Odawara, ale w Aokigahara był po raz pierwszy.

Las był jak z bajki - takiej o Jasiu i Małgosi. Nie da się ukryć, że panuje w nim dość demoniczna atmosfera. Podłoże, wraz z głazami pochodzenia wulkanicznego, porośnięte jest welurowym mchem w kolorze zgniłej zieleni, a liczne omszone konary drzew przybierają złowrogie kształty dinozaurów lub drapieżnych ptaków. Drzewa rosną tak gęsto, że do lasu nie docierają ani wiatry ani żadne odgłosy. Chodzą słuchy, że wariuje tu kompas i gubi się GPS.



Gdzieniegdzie widać plastikowe wstążeczki poprzyczepiane do drzew albo wręcz całe zwoje plastikowej taśmy, prowadzące het w leśną dal - tak podobno znaczą sobie szlak ludzie, którzy nie są do końca pewni, czy jednak zdobędą się na pożegnanie z tym światem. Tudzież złaknieni sensacji turyści lub poszukiwacze skarbów, czyli pieniędzy i biżuterii pozostawionych przez samobójców. Przeczytałam gdzieś, że yakuza zatrudnia bezdomnych, którzy za drobna opłatą przetrzesują Aokigaharę w poszukiwaniu kosztowności nieżywych nieszczęśników.

Moi Francuzi wpadają w dektywistyczny trans i coraz bardziej zagłębiamy się w złowieszcze knieje. Japończyk nerwowo odpala papierosa od papierosa, ale nie protestuje, i w milczeniu podąża za grupą. Znajdujemy zbutwiałą torbę aktówkę, starą kurtkę, buta, a nawet pobity serwis do herbaty - w japońskim stylu każdy kubek z innej serii - i zardzewiały termos. Czyżby ostatnia wieczerza samobójczej brygady?

Las Aokigahara zasłynął jako idealne miejsce na samobójczą śmierć po opublikowaniu kryminału "Wieża fal", autorstwa Seicho Matsumoto, ale podobnież już w XIX wieku praktykowano tutaj ubatsute (姥捨て), czyli pozostawianie starców na pewną śmierć w czasach suszy i głodu. Japończycy najpewniej czują się w grupie, chadzają głównie do sprawdzonych restauracji, a nim zrobią rezerwację hotelową, pilnie studiują online recenzje poprzednich gości hotelowych. Być może podobne przesłanki kierują nimi w przypadku śmierci - po co się wieszać we własnym mieszkaniu, skoro jest od tego specjalny las z przetartym szlakiem do nieba? I nikomu najwyraźniej nie przeszkadza fakt, że do lasu trzeba dojechać ponad sto kilometrów, znaleźć w pobliżu parking lub dyskretne miejsce do porzucenia auta, a potem udać się na pieszą wędrówkę w poszkiwaniu tego właśnie drzewa.

Przepytałam w temacie wielu znajomych Japończyków i przeważały dwie odpowiedzi na nurtujące mnie pytanie. Jedni mówili, że samobójcy ciągną do Aokigahara, gdyż "nakama ga iru kara" (są tam ich koledzy lub non omen- "bratnie dusze"), a drudzy, że decydując się na odebranie sobie życia, nie chcą sprawiać bliskim kłopotu - "meiwaku kaketakunai" - a nawet pragną zaoszczędzić im kosztów pogrzebu.

Co dwadzieścia minut…

Japonia pod względem odsetek samobójstw od lat plasuje się w pierwszej światowej dziesiątce. Od 15 lat, czyli od rozpoczęcia kryzysu finansowego, rocznie odbiera sobie tutaj życie około 30 000 osób, co daje 70 desperatów dziennie lub jednego co 20 minut - sześciokrotnie więcej niż liczba ofiar wypadków drogowych na japońskich drogach. Japońska agencja NPA (National Police Agency) podała, co prawda, że w 2012 roku liczba samobójstw spadła do 27, 766 przypadków, ale jak spekuluje Jake Adelstein w artykule "Japan’s suicide statistics don’t tell the real story", opublikowanym w lutym bieżącego roku w The Japan Times, niewykluczone, że spadła po prostu ilość morderstw w celu wyłudzenia odszkodowania - często uznawanych za samouśmiercenie. Z jakichiś osobliwych powodów japońskie firmy ubezpieczeniowe wypłacają odszkodowania za samobójstwo osobom lub podmiotom wskazanym przez… ubezpieczonego przyszłego samobójcę. Kiedy brane jest pod uwagę samobójstwo, zaledwie 5 procent denatów poddawanych jest sekcji zwłok. Nie wiadomo, czym wytłumaczyć opieszałość zainteresowanych organów w inwestygacji, ale nietrudno się domyślić, że odszkodowania za morderstwo są znacznie wyższe od tych za samobójstwo.

Rząd japoński ma ambitne plany zmniejszenia liczby samobójstw o 20 procent do 2017 roku, przeznaczając na to grube miliardy - 12, 4 miliardów jenów w roku fiskalnym 2010/2011, czyli jakieś 133 millionów dolarów. Tylko jak wyplenić ten niechlubny aspekt życia po japońsku, jeżeli do samobójstwa uciekają się nawet wysoko postawieni członkowie rządu? 10 września zeszłego roku - w Swiatowy Dzień Prewencji Samobójstw - Minister Finansów, Tadahiro Matsushita, powiesił się we własnym domu. W 2007 roku w identyczny sposób odebrał sobie życie Minister Rolnictwa, Toshikatsu Matsuoka.

Warto podkreślić, że w Japonii życie odbierają sobie niekoniecznie umęczeni pracownicy bezdusznych korporacji - człowiek, póki jest trybikiem w tej maszynie do generowania zysków, będzie grzecznie tyrał do emerytury, chyba, że wcześniej powali go karoshi. Skonani pracownicy japońskich firm zawsze nieodparcie przywodzą mi na myśl uczestników nieludzkiego maratonu tanecznego w filmie Sydneya Pollaca z 1969 roku: "Czyż nie dobija się koni?". W latach 30-tych ubiegłego wieku w USA trwa Wielki Kryzys i panuje rekordowe bezrobocie, a nagrodą w morderczym turnieju, trwającym przez non stop trzy miesiące, jest 1000 dolarów - w owych czasach niebotyczna kwota. Tancerzy budzi się przystawiając im pod nos butelkę z amoniakiem lub po prostu wrzucając do balii z zimną woda, gdyż samo potrząsanie już nie skutkuje. Kilka dni temu, kiedy jechałam wczesnym wieczorem linią Yamanote, siedział obok mnie pogrążony we śnie salariman, a jego bezwładna głowa co jakiś czas z całej siły uderzała o szybę w oknie pociągu. Mężczyzna był tak zmęczony - z pewnością nie pijany, bo jego oddech był bezprocentowy - że nawet nie czuł bólu…Ale póki co, jest szczęśliwcem, gdyż jest coś jeszcze gorszego niż przynależność do japońskiego systemu - wypaść z niego.

Samobójcy to na ogół ci, który wypadli z gry lub nie potrafią egzystować w japońskim systemie. Kiedy raz straci się pracę w japońskiej firmie, bardzo trudno jest dostać nową. W Japonii docenia się "dożywotnie" posady, a o człowieku nadal lepiej świadczy lojalność wobec pracodawcy niż oddanie rodzinie. Tu się nie pracuje, bo ma się rodzinę (gdyż trzeba ją utrzymać), ale ma się rodzinę, bo się pracuje (byt rodziny zależy od pracy jej żywiciela). W marcu tego roku Yasuchika Hasegawa, przewodniczący Keizai Doyukai (Japońskiego Stowarzyszenia Korporacyjnych Zarządów), wyszedł z propozycją, aby pracodawcy mogli zwalniać pracowników według własnego uznania, o ile wypłacą im stosowne odszkodowanie. Jeżeli japońskie prawo umowy o pracę rzeczywiście zostanie zmienione zgodnie z ideą pomysłowego Hasegawy, prezesa Takeda Pharmaceutical Co Ltd - największej firmy farmaceutycznej w Japonii i globalnego lidera w branży - raczej trudno spodziewać się spadku liczby samobójstw o jedną piątą do 2017 roku, tak jak założył sobie japoński rząd. Chyba, że władze Kraju Wschodzącego Słońca cierpią na Chorobę Bleulera, potocznie zwaną schizofrenią.


1 Salariman (サラリーマン, Sararīman?, salaried man) to określenie typowego pracownika japońskiej korporacji płci męskiej, który otrzymuje stałe wynagrodzenie. Angielskim odpowiednikiem salarimana jest white-collar worker. Po II Wojnie Swiatowej salariman był synonimem członka klasy średniej i sugerował pewnien status, jednakże w obecnych czasach termin posiada raczej negatywne konotacje - kojarzy się z wielogodzinną pracą, niską pozycją w korporacyjnej hierarchii, sztywną pensją i ze śmiercią z przepracowania, czyli karoshi. Kobiety w podobnej sytuacji to OL, czyli Office Ladies, tzw. pink collars.

Więcej w tej kategorii: « Sanmachi-suji w Takayama

1 komentarz

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Japonia mniej znana

  • 1
  • 2
Sanmachi-suji w Takayama

Sanmachi-suji w Takayama

Takayama to jedno z najbardziej urokliwych miast w... Więcej

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu - japoński skarb zimowy

Yuzu to jeden z oryginalnych japońskich owoców cyt... Więcej

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się