A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.07.28)

Oceń ten artykuł
(1 głos)
W dzisiejszy lipcowy wieczór najgłośniejszy i najjaskrawszy zwykle kwartał miasta – Kabukichō – był cichszy niż jeszcze rok temu. Wtedy, podczas piętnastominutowego spaceru zaczepiło mnie czterech naganiaczy proponując mi zniżki w lokalach oferujących usługi erotyczne, a dziś znalazł się tylko jeden i tak mało namolny, że gdy spostrzegłem, że do mnie woła, biegł już w drugą stronę. Jego koledzy też zdawali się poddawać zrządzeniom losu. - Głową muru nie przebijesz – mówiły ich nieruchome twarze.

Świateł też było mniej, i energii, sprośnych żartów i wybuchów śmiechu. Wiele zakazanych przybytków zastąpiły bary, restauracje i salony pachinko. Uliczki spowszedniały, kręciło się tu więcej zagranicznych turystów niż spragnionych przygód. Kryzys zbierał swe żniwo.

Gdy wracałem z przyjęcia o północy pijani młodzieńcy tarzali się w wymiotach, tuż przy bezdomnych koczujących na kartonowych posłaniach. Niezamężne niewiasty w krótkich spódniczkach zataczały się na peronie, przepychając się by zdążyć na ostatni pociąg i miażdżąc mi stopy butami na wysokich i ostrych jak igły podeszwach. To miejsce – żółta linia z wypustkami – to linia demarkacyjna, do której radość zabawy wciąż zwycięża nad powagą zapadającej nocy i obowiązkami dnia następnego. O tej godzinie pociągi mogą się spóźniać i nikt nie powie złego słowa. Większość wolałaby by odjeżdżały jeszcze poźniej.

Shinjuku nie było moim miejscem. Nie czułem się tu wśród swoich. Było to jednak jedno z serc Tokio i wizyta w tej dzielnicy pozwalała mi w przewrotny sposób zaczerpnąć powietrza i przewietrzyć głowę.
Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się