A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.07.24)

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Spotkanie z mistrzem teatru no Fusataka Homma i przedstawienie Dojoji w teatrze no szkoły Hosho w Suidobashi.


Teatr No Szkoły Hosho w Suidobashi mieścił się przy niewielkiej bocznej alejce nieopodal głównego traktu Shiroyama-dori. Znajdujące się po drugiej stronie wesołe miasteczko przyciągało znacznie więcej gości. Mimo dużych rozmiarów budynek nie wyróżniał się niczym od innych, a po jego architekturze trudno byłoby odgadnąć, że mieści instytucję kultury. W niewielkim holu trzy starsze panie w czarnych kostiumach przywitały mnie skinieniem głowy i przenikliwym spojrzeniem, po czym powróciły do rozmowy, od czasu do czasu zerkając w moją stronę. W końcu jedna z nich podeszła do mnie i zapytała czy nie potrzebuję pomocy. Wyjaśniłem, że czekam na spotkanie, co uspokoiło starszą panią i pozwoliło jej powrócić do koleżanek z podniesioną głową i porcją nowych wieści.

Od ostatniego spotkania z mistrzem Homma minęło niemal równo sześć lat i, tak jak obawiał się, gdy rozmawialiśmy przez telefon, rzeczywiście mnie nie poznał, mimo że w holu teatru poza mną był jeszcze tylko jeden drzemiący w fotelu staruszek, a na dodatek byłem jedynym obcokrajowcem. Być może zwyczajnie świetnie zagrał tę scenę, bo znacznie lepiej wyglądało, gdy to ja go rozpoznałem, podszedłem do niego i się przedstawiłem. Zawsze intrygowała mnie pozorna nonszalancja u japońskich mistrzów, gdy rozmawiali z innymi, za którą kryła się stała obserwacja rozmówcy i uważne słuchanie tego co mówił. Sztuka pokazania własnej pozycji bez upokarzania drugiej strony, przy zachowaniu jednak właściwego dystansu, który w razie potrzeby można przyjacielsko skrócić (odbywa się to jednak tylko w jednokierunkowo) albo jednym słowem, frazą, podniesionym głosem sprowadzić interlokutora na przynależne mu miejsce.

Przed spotkaniem próbowałem sobie przypomnieć jak wygląda mistrz Homma, lecz po tylu latach, jego obraz rozmywał się w niewyraźny portret, a poza tym czas robi swoje. Gdy jednak wszedł do holu od razu go poznałem. Nic nie zmienił się jego pokraczny chód, jakby poruszał się bokiem, dostawiając nogę do nogi i sunął,
a nie stąpał po ziemi. Poznałem również jego głos, który nie wydobywał się z ust, lecz gdzieś z głębi gardła. Był tak samo chrapliwy jak dawnej i brzmiał w tonacji mol („Odkąd gardło zacząło niedomagać, mniej występuję”). W ogóle wydawało się, że nie mówi tylko deklamuje.

Sześć lat przerzedziło nieco jego włosy. Musiał je farbować, bo nie spostrzegłem żadnej siwizny. Generalnie - jak na siedemdziesięciosiedmiolatka - trzymał się dobrze, nawet bardzo dobrze. Lata ciężkich treningów i wyczerpujących występów oraz powaga wykonywanego zawodu, wyćwiczyły w nim wytrwałość i odporność na zmiany losu. Poza tym, nadany przez rząd tytuł „niematerialnego skarbu kultury” zobowiązywał do zachowania prostej postawy. Pomyślałem, że jeśli tylko głowa nie odmówi mu posłuszeństwa, zapewne umierze niemal w marszu.

Spotkanie trwało ledwie pół godziny, podczas których, ktoś ciągle nam przeszkadzał, a to kelnerka pytająca o zamówienie, a to dosiadający się do stolika widzowie w przerwie spektaklu. Siedzieliśmy w teatralnej kawiarni, gdzie co chwila ktoś podchodził i zagadywał mistrza, a ten pozdrawiał wszystkich wokół wyćwiczonym uśmieszkiem, o którym wszystko można byłoby powiedzieć tylko nie to, że był promienny i szczery i wyglądał jakby przypatrywał się ich łydkom i gardłom, badając czy nie nadają się do gry na scenie. Sensei Homma milknął za każdym razem, gdy ktoś się zbliżał, nawet gdy tylko przechodził obok i odzywał się znowu dopiero wtedy, gdy obcy się oddalił. Już na początku spotkania, zrugał kelnerkę, która poprosiła o zapłatę z góry, a gdy speszona uciekała do kuchni, zakrzyknął jeszcze, że zapłaci tylko, jeśli kawa będzie dobra, a to znaczy, że najpierw musi ją wypić.

Rozmowa balansowała między formalizmem a niezobowiązującą konwersacją, przy zachowaniu odpowiednich form grzecznościowych i podtrzymaniu dobrej atmosfery. Innymi słowy nie była zbyt pasjonująca, ale i z jego i z mojej strony, nikt tego nie oczekiwał. Raz sensei Homma ożywił się, gdy wspomniał o swoim turneé po Europie.
  • Był wtedy z nami Amerykanin, jak mu tam było, Seidensticker. Profesor - japonista. Jeździł z nami od Berlina, przez Pragę do Warszawy, jako tak zwany doradca. I wiesz co się z nim stało? Cztery lata temu przewrócił się w parku Ueno i tak uderzył głową w kamień, że wkrótce potem zszedł - zachichotał przez zęby, a śmiech przypominał gwizd.

Potem konwersacja znów wróciła do poprzedniej formy i, gdy straciłem nadzieję, że usłyszę coś co wyszłoby poza utartą konwencję i grzecznościową sztampę, stary mistrz wyszeptał.
  • Urodziłem się z no i z no umrę. Zacząłem naukę w wieku trzech lat.
  • Jaki był pana ojciec? - zapytałem.
  • W tym świecie nie ma ojców. Są tylko iemoto*.
  • A pan jest jakim ojcem?
  • Nie mam syna. Nie muszę się tym martwić.

Poklepał mnie po ramieniu i zaprowadził pod salę, gdzie właśnie miał zacząć się spektakl.


* Mistrz-głowa rodziny.
Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się