A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.06.30)

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Ceremonia Chinowa-kuguri w chramie Torigoe i Katashiro-nagashi w Zatoce Tokijskiej

Wieczór był parny i gorący tak, że nawet po zapadnięciu zmroku temperatura nie chciała się obniżyć. Minęła siódma wieczorem i przechodnie na ulicach nie bacząc na upał przyspieszali kroku, by wcześniej dotrzeć do domów i uspokoić oddech w klimatyzowanych pokojach. Ich twarze lśniły od potu, a przemoczone koszule kleiły się do pleców i ramion. Był to jeden z takich wieczorów, w czasie których, wielu z nich marzyło by znaleźć się w innym miejscu, gdzieś daleko, gdzie noc przynosi chłód i wytchnienie i jeszcze nadzieję, że następny dzień będzie lżejszy. Tutaj nikt takiej nadziei nie miał i nikt nie liczył na to, że jutro, pojutrze, czy nawet popojutrze cokolwiek się może zmienić. Znów będzie gorąco, znów trzeba będzie w pocie czoła podążać do pracy a po niej, w tych samych warunkach, wracać do domów. Był to jednak wyjątkowy wieczór – ostatni czerwcowy - zamykający półrocze. Ruszyłem po pracy przez duszące się w wilgoci miasto w stronę dzielnicy Taito, gdzie w chramie Torigoe odbywać miała się specjalna ceremonia Chinowa-kuguri – śródrocznego oczyszczenia z półrocznych grzechów i złych myśli, niedotrzymanych obietnic i ukrytych rządz, zazdrości i zawiści, chciwości i niecierpliwości, by w nową połowę roku wkroczyć czystym i duchowo odnowionym.

Na placu przed chramem ruszyła powolna procesja. Na czele w czarnych lśniących lakierem chodakach kroczyli dwaj kapłani i kapłanka odziani w białe, odświętne szaty. Za nimi powoli krok za krokiem szli mężczyźni ubrani w lekkie, jasne yukaty*, dalej niewiasty, a potem wielokolorowy tłum, tak gęsty i tak długi, że gdyby nie te dwoje w bieli i kilkumetrowa przerwa trudno byłoby zgadnąć, gdzie kończy się, a gdzie zaczyna korowód. Ludzki korowód niczym wąż przetoczył się przez krąg utkany ze źdźbeł trawy czerwonej Imperata cylindrica spod unoszonych kolan błyszczały blade łydki uczestników. Wąż skierował się na lewo i ruszył wzdłuż krawędzi długiego placu, gnąc na jego zagięciach, ginąc w mroku i wyłaniając w rozjaśnionej pomarańczowawą łuną części placu. Tu znów rozprostował grzbiet i ruszył wprost na krąg, a przekroczywszy go skierował się tym razem w prawo, przetoczył sięponownie przez krąg-bramę, zgiął w lewo, pokonał jeszcze raz krąg, by wreszcie za nim rozsypać się w steki ciągnących długie cienie sylwetek. Procesji towarzyszyła cisza przejmująca i ciężka, taka, że słychać było stukot drewnianych chodaków kapłanów, którzy nim przekroczyli krąg, za każdym razem kłaniali się bogom goszczącym wewnątrz modlitewnego holu. Tylko od czasu do czasu z brzucha tego wężyska doszedł stłumiomy szept lub chichot, jakby tym placem nie ludzie krążyli lecz zjawy, goście z zaświatów i dusze nieczyste.

Potem, gdy męska starszyzna rozsiadła się na matach w głównym holu, a tercet mistrzów ceremonii rozpoczął mszę, na placu zastukały monety wrzucane do drewnianej skrzyni, zapłakał noworodek, a ojciec skarcił dokazującego podlotka, poczułem, że wróciło tu życie.

Następnego przedpołudnia z pobliskiego mostu Asakusabashi wyruszyła uroczyście ozdobiona łódź otoczona eskortą kilkunastu jednostek, z pokładu której, po wpłynięciu do zatoki kapłan wrzucał do wody papierowe wycinanki w kształcie ludzi, ostatecznie usuwając popełnione przez sześć miesięcy grzechy. Puryfikacji stało się zadość. Można było rozpoczynać nowe życie z białą, niezapisaną kartą i bez wyrzutów sumienia.
Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się