A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.05.22)

Oceń ten artykuł
(1 głos)
Festiwal w chramie Yushima Tenjin.

Jeśli ktoś myśli, że Tokio to miasto położone na równinie i płaskie jak stolnica, to polecam mu spacer przez Kandę, Hongo, Ueno do Yushimy. Tam znajduje się chram, który przyciąga uczniów i ich zestresowane matki, bo czczony jest tutaj opiekun wszystkich tych, których czekają egzaminy.


Dotarliśmy tam akurat w momencie, gdy drobny kapuśniaczek przeobrażał się w urwanie chmury. W ostatniej chwili zdążyliśmy schronić się pod drewnianym pomostem łączącym salę modlitewną i budynek administracji.

Ze względu na trzęsienie ziemi tegoroczny festiwal był bardzo skromny, a towarzyszący mu program artystyczny składał się zaledwie z dwóch pozycji: koncertu grupy bębniarskiej i tańców kagura.

Nie wiem kto układał ten program i jaki był jego zamiar, ale ledwie dziewczęca trupa rozpoczęła bić w bębny pod daszkiem muru z tyłu głównego holu, po jego drugiej stronie, na scenie przy głównej aleji rozległy się dźwięki piszczałki i krótkie, rwane uderzenia w nieduży werbel, które towarzyszą świątynnym tańcom. Dla nas, schowanych dokładnie w pół drogi między obiema grupami muzyków, melodie zlewały się w jedną niekształtną i nierytmiczną masę, którą trudniej określić inaczej niż kakafonia. A że ulewny deszcz nie przestawał nie dawał za wygraną, nie pozostawało nam nic innego niż ją cierpliwie znosić. Nie było to proste zadanie.

Gości, ze względu na pogodę i panujący chłód, było niewielu. Sprzedawcy schowani pod kramami z watą cukrową, grilowanym kurczakiem i jabłkami w polewie cukrowej drzemali oparci na pudłach ze styropianu. Kapłani zabijali nudę kręcąc się bez celu między plebanią a chramem. Ilekroć któryś z nich przebiegał po pomoście, ponad naszymi głowami rozlegało się wesołe dudnienie. Jeden z pomocników minął nas, niosąc w obu dłoniach drewnianą tackę z wazonikiem poświęconej sake. Brodą podtrzymywał nóżkę parasola, który opierał się na lewym barku. Był to zabawny i niecodzienny widok, więc, korzystając z rzadkiej okazji, ruszyłem za nim próbując zrobić zdjęcie. Posłaniec bogów pośliznął się zdejmując sandały i jedna z czarek, którą niósł do ołtarza, rozbiła się na betonowej posadzce. Kilku pomocników ruszyło z miotłami i szufelkami by pozbierać porozrzucane skorupy. Bałem się, że zostanę oskarżony o ściągnięcie złych mocy, ale najwyraźniej przez ulewny deszcz nikt nie zawracał sobie głowy opatulonym w płaszcz cudzoziemcem.

Tymczasem koncert bębniarek dobiegł końca i chwilę potem urwały się żewna melodia kagury. Wiatr pędził ciemne chmury po niebie, lecz deszcz nie chciał ustąpić. Czekać i marznąć czy pojechać i zmoknąć, a potem już wysuszyć się w ciepłym pokoju? Wybraliśmy tę drugą opcję i ruszyliśmy rowerami przez szare Dolne Miasto.
Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się