A+ A A-

Dziennik tokijski (2011.11.01)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
(Kabukichō 1- chōme)

O poranku z budynku stacji linii Seibu wylewał się tłum niewyspanych najemników w identycznych garniturach. Maszerowali w tym samym kierunku, bez emocji i bez uczuć, wytyczoną przed laty ścieżką, jeden obok drugiego, widujący się codziennie, ocierający się w stłoczonych pociągach,
a jednak wciąż sobie obcy i obojętni. Placyk przed stacją przypominał mrowisko.

Uciekłem stamtąd do baru na piętrze jednego z budynków tuż obok. Ekspedientka budziła klientów drzemiących na stolikach pytaniem „Czy nic się Pani/Panu nie stało?". Usiadłem przy oknie. Mogłem się w ciszy napatrzeć na ten mały skrawek tokijskiego świata. Krążyły śmieciarki i zdawało mi się, że granica między nocą a dniem biegnie tutaj nie wzdłuż linii słońca, lecz w rytmie sprzątanych ulic.

Na skrzyżowaniu na wprost alei Yaesu spotykał się element, który produkuje i ten, który konsumuje, oba ostatkiem sił napędzające gospodarkę. Emeryci-wolontariusze przestawiacze rowerów odziani w żółte fluorescencyjne kamizelki wyruszali na łowy z wyrazem twarzy kowbojów szykujących się do śmiertelnego pojedynku. „Ranne ptaki" przed salonem pachinko "Espace" zacierali trzęsące się z podniecenia ręce. Stali karnie w czterech rzędach, szykując się do wyścigu, którego zwycięzcy mogli zająć upatrzone miejsca. Salon otwierał się po remoncie. Nowe otwarcie, nowa szansa, nowe życie. Kolejka wydłużała się z każdą chwilą. Zastanawiałem się, czy któremuś z nich sprzyjać będzie dzisiaj szczęście, ale nie sposób było odgadnąć fortuny z ich obojętnych twarzy. Pewny sutego zysku mógł być tylko właściciel lśniącego od farby przybytku. Policzyłem ich: trzydziestu ośmiu – w tym dwóch grubych, trzech łysych, jeden bez skarpetek w sandałach, pięciu w maseczkach na twarzach, tyleż samo skorych do pogaduszek, reszta skupiona na sobie, pięciu w tlenionych włosach. Byli niczym przekrój pewnej społeczności unoszącej się na powierzchni społeczeństwa, odrębnej i nic sobie z tego nie robiącej.

Dzisiejszego dnia nie było tu jednak tylu ludzi ilu spotykałem przed dwunastoma laty, gdy zdarzało mi się spóźnić na ostatni pociąg i koczować na ławce do świtu. Spostrzegłem jeszcze pracownice wodnego biznesu (mizu shōbai czyli branży erotycznej) w wytapirowanych, blond fryzurach, które wpadały do baru na poranną kawę. Dziś nie było to już to Kabukichō z wieśniaczkami w roli dam do towarzystwa. Dziś wszystko było dosłowne i wulgarne, poddane na talerzu niczym amerykański stek.

O siódmej rano nad miastem rozpostarł się błękit porannego nieba. Krążyła para gawronów znacznie szczęśliwsza niż ludzie. Na telebimie wyświetlano prognozę pogody dla regionu Kantō: Mito – słonecznie, Utsunomiya – słonecznie, Kumagaya – słonecznie, Chiba – słonecznie, Tokio –
słonecznie, Jokohama – słonecznie. Cały kraj, od Kiusiu po Hokkaido, zalało dziś słońce, a mimo to, podskórnie czułem, że działający dotąd doskonale organizm, wypróbowany przez z górą sześćdziesiąt lat zaczyna tu i ówdzie szwankować. Strzelały w niebo coraz to nowe szklane wieże, ale na poziomie ulicy czuć było brak determinacji i strach tlący się pod markowymi płaszczami. W cieniu lśniących brył, rosła liczba namiotów z niebieskiej folii i ludzi wałęsających się bez celu. Kryzys, po prostu kryzys.
Ostatnio zmieniany

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Jesteś użytkownikiem Facebook'a?

Możesz użyć swojego konta na Facebooku, aby się zarejestrować naszej stronie.

Log in with Facebook

Zaloguj się