A+ A A-

Kochać w Japonii

W japońskiej kulturze miłość istnieje dopiero od około 150-ciu lat. Wtedy to w użycie weszło słowo reriai jako odpowiednik zachodnie­go słowa miłość, wraz z całym wzorcem zagadnie­nia. Tak przynajmniej podaje Shun Akiyama w swojej książce pod tytułem „Odkrycie miłości” (jap. Ren'ai no hakken). Dalej autor dowodzi, że w samej Europie koncept miłości romantycznej był wymysłem zblazowanej średniowiecznej arysto­kracji. Podobno w języku japońskim słowo miłość czy romans wcale nie oznacza dokładnie tego samego, co pod identycznym pojęciem kryje się w naszym języku. Miłość nie jest miłością? Dla większości Japończyków jest to kolejne puste słowo na siłę wcielone do ich języka. Nazwa czegoś co tu na miejscu nie istnieje? Czyżby było ono tak słabo przetłumaczalne jak na przykład typowo japońskie wyrażenia typu: ganbaru, gaman-suru czy też enryo-suru, gdy chcemy je przełożyć na angielski czy polski? Albo czy łatwo znaleźć odpowiednik polskiego „kombinować” w języku japońskim? Jak więc w takim razie wygląda zderzenie kul­tury japońskiej z zachodnią, gdy w grę wchodzą uczucia pomiędzy dwojgiem osób? Po kilku latach pobytu w Kraju Kwitnącej Wiśni wiem już, że Ja­pończycy nie są ludźmi, którzy wszystko muszą jasno i dosadnie wyrazić. Tuziemcy potrafią się
porozumiewać nieraz nawet bez słów, choć chyba nie zawsze mamy tu do czynienia ze stuprocento­wą skutecznością. Czasami w tak zawoalowanej konwersacji musi dojść do nieporozumień, a ich sprostowywanie jest w złym guście i potrafi jesz­cze bardziej skomplikować sprawę.

Kiedy sześć lat temu poznałam mojego męża, kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z rozmiaru dzielących nas różnic kulturowych. I może nie by­ło by w tym nic specjalnie zaskakującego, gdybym do Tokio przyjechała prosto z Opola, z którego pochodzę. Miałam już jednak za sobą prawie de­kadę życia spędzoną w Chinach, z czego więk­szość przeżyłam w ponad 10-milionowym Tianjinie jako jedyna Polka. Siłą rzeczy moje związki uczuciowe dotyczyły cudzoziemców. I to, nie uk­rywam, z dość odległych kręgów kulturowych, gdyż im egzotyczniej tym ciekawiej. Tu w Japonii już na początku naszego narzeczeństwa zaniepo­koił mnie pewien brak spontaniczności i ciepła u mojego partnera, a paniczny wręcz strach przed okazywaniem sobie czułości (niewinnej jak dla mnie) w miejscach publicznych wydał mi się dzie­cinny. Ale nic to, pomyślałam sobie. Minie trochę czasu i jak nic zarażę go swoim entuzjazmem. Nie wiedziałam jak naiwny był mój optymizm i że tra­fiłam na bariery nie do przełamania. Gwoli spra­wiedliwości dodam, że mój mąż czuje podobnie.
Ostatnio zapytany przez naszą wspólną znajomą, dlaczego się ze mną ożenił, skoro nie planował z nikim wiązać się na stałe, odpowiedział, że... Po­raziło go jak piorun doznanie wielkiej miłości? Za­kochał się bez pamięci? Nic bardziej mylnego. Ippai kenka-shita kara (Bo tyle razy się kłóciliśmy).
A może tutaj to właśnie w ten sposób mąż mó­wi żonie, że ją kocha? Nie wiem jak inne małżeńs­twa polsko-japońskie, ale my tak naprawdę to za­wsze sprzeczamy się o jedno: iikata-no mondai. Czyli nie o to co mówimy, tylko w jakiej formie. Ale to temat rzeka i nie do wyczerpania w tym ar­tykule. Z upływem lat uczę się, że czasem, jeśli nie da się czegoś zmienić, to dojrzalej jest to zaakcepto­wać. A może jest to wybór pomiędzy donkiszoterią a konformizmem? Moja przyjaciółka Argen­tynka znalazła rozwiązanie: „Marzysz o romanty­cznym kochanku? Możesz takiego znaleźć, ale bądź pewna, że nie wśród Japończyków”. Ale ja niestety nie mam krwi latynoskiej. Wierność i ka­tolicką poprawność mam w genach.

Przejdźmy jednak do sedna sprawy, czyli do uczuć. Generalnie rzecz biorąc, uczuć w kulturze japońskiej się nie okazuje, ani nie wyraża werbal­nie. Żona nie dzwoni do męża do pracy tylko po to, aby powiedzieć, że go kocha. Nie zadzwoni na­wet, aby go spytać czy będzie na kolacji, którą z myślą o nim przygotowała. Matka nie wycałuje od stóp do głów rozkosznego niemowlęcia, gdyż by­łoby to prawie beta-beta1 a ojciec tym bardziej nie przytuli dorastającej córki, pomijając fakt, że kimochi warui2 ale także aby nie być przypadkiem posądzonym o molestowanie latorośli.
Małżonkowie nie mówią do siebie per kocha­nie, skarbie ani nie używają żadnych pieszczotli­wych zdrobnień. Nie mówią do siebie nawet po imieniu, tylko tytułują się „mama” i „papa”. I kon­sekwentnie „mamas and papas” nie mówią o miło­ści, bo małżeństwo w Japonii to raczej instytucja społeczna niż namiętny związek dwojga zakocha­nych w sobie ludzi. No, ale jak się w takim razie Dorozumiewaia? Istnieje coś takiego jak ishindenshin3 czyli specyficzna japońska forma telepatii tudzież intui­cyjne porozumienie dusz. Moja teściowa do dziś nie może mi zapomnieć, że trzy lata temu podałam jej spaghetti w sosie na bazie czosnku, mimo że WIEDZIAŁAM, iż ona zaraz po obiedzie wybiera się do dentysty. Może i wiedziałam, ale nie myśla­łam aż tak logicznie. Byłam szczęśliwa, że w ogóle udało mi się coś ugotować dla teściowej z płaczą­cym i wierzgającym niemowlęciem w onbu (nosi­dełku na plecach). Na tej samej zasadzie znajomi Japończycy za­pytani czy mówią swoim żonom, że je kochają od­powiadają: „A po co? Przecież one WIEDZĄ. Po­dejrzane i w złym guście byłoby mówienie w kół­ko o miłości.” I tu mi się przypomina jak jechałam kiedyś z mamą autobusem w Chinach. Razem z nami jechała pewna para: młody, dorodny mężczy­zna wygodnie rozparty na siedzeniu i stojąca obok drobniutka Chinka z trudem utrzymująca pion na ostrych zakrętach. W pewnym momencie moja mama nie wytrzymała i poleciła mi spytać mło­dzieńca dlaczego nie ustąpi pani miejsca. Na to bardzo oburzony Chińczyk się żachnął: „Ależ to jest moja żona!” Nie domyśliłyśmy się...

Mój własny mąż kiedyś na początku naszego związku bardzo się obraził, kiedy mu zarzuciłam, że już mnie chyba nie kocha. Jak to, przecież dziś specjalnie wstał o piątej, wyprowadził mojego psa, umył naczynia i rozwiesił pranie przed wyjściem do pracy. To było właśnie najprawdziwsze wyzna­nie miłości. A czego oczekuje w zamian? Po prostu więcej akceptacji jego amaeru4, gdy np. nie umyje po so­bie wanny poszedłszy już w dodatku na kompro­mis, rezygnując z ofuro na rzecz praktycznego prysznica bez chlapanki. W odniesieniu wyłącznie do zachodnich wzor­ców i systemu wartości nietrudno jest wpaść w pu­łapkę i wydać ograniczony osąd. W zasadzie naj­prościej jest jednoznacznie i surowo ocenić Japoń­czyków jako społeczeństwo ludzi zimnych, mają­cych w sobie coś z robotów zaprogramowanych głównie na pracę oraz służbę społeczeństwu. Ale czy poddając się takiemu schematycznemu myśle­niu nie stawiamy siebie na przegranej pozycji i nie skazujemy na wieczne malkontenctwo? Myślę, że sposobem na przetrwanie (wytrwanie?) będą ra­czej próby zrozumienia tej, tak odmiennej od na­szej, kultury. Można oczywiście, jak jedna z moich znajomych „nauczyć” męża czułości. Można tak go wytresować, aby nas obejmował czule przed te­lewizorem, nawet gdy tylko lecą same reklamy ramenów w kubku. A jeśli uczeń okaże się zdolny, to może jeszcze będzie nas całował namiętnie w usta po powrocie z pracy albo w dodatku jeszcze przed wyjściem? Niestety, moje umiejętności pedagogi­czne zawiodły, gdyż mąż od razu mnie zdemasko­wał i zarzucił kolonizację emocjonalną.

Może różnica w okazywaniu małżeńskich u- czuć polega na innym postrzeganiu trwałości zwią­zków? Japończycy raz zawarty związek małżeński zdają się traktować jak coś w rodzaju umowy o wzajemne użytkowanie wieczyste. Natomiast w przypadku par zachodnich, jako że nie ma takiego poczucia dożywotniej gwarancji trwałości związ­ku, konieczne staje się ciągłe zabieganie o siebie poprzez mówienie o wiążących nas uczuciach i okazywanie sobie miłości na różne sposoby. Kolejnym możliwym wyjaśnieniem dzielących nas różnic jest tzw. chinmoku5 czyli zrozumienie siły jaka tkwi w koncepcie milczenia. Postawa chinmoku wywodzi się z buddyzmu zen i jest do­wodem na to, że międzyludzkie formy porozumie­wania nie ograniczają się wyłącznie do tych wer­balnych, ale również składają się z gestów, wyrazu twarzy, gry ciała i właśnie milczenia, które w Ja­ponii jest nie tylko przerwą pomiędzy słowami. Ja­pończyków nadmierna bliskość i intymność sytua­cji może wprawiać w zakłopotanie. Milczenie jest także nierozerwalnie związane z formą porozumie­wania się typu ishindenshin i często zapewnia at­mosferę równowagi i harmonii.
Związkom Japończyków można zarzucić brak czułości, ale czy od razu brak miłości? Może za­chodni system wartości nie jest jedynym właści­wym? W końcu całe pokolenia Japończyków wy­chowały się bez rodzicielskiej miłości w naszym rozumieniu, a współczynnik rozwodów mają zna­cznie niższy od nas, mimo że małżeństwo zdaje się opierać raczej na wzajemnych obligacjach niż na uczuciach. A walentynki, tak szumnie obchodzone przez zakochanych w zachodnich krajach, tu na miejscu równie dobrze mogłyby się nazywać Dniem Czekolady.



1beta-beta - lepki, ściśle przylegający; beta-beta su-ni przytulać i obściskiwać kogoś, użyte w stosunku do par ma znaczenie raczej pejoratywne
2kimochi warui - wzbudzający obrzydzenie, niesmak
3ishindenshin - telepatia, intuicyjne porozumienie dwojga osób bez użycia słów
4amaeru - zachowywać się jak zepsute dziecko; wy­magać uwagi i troski; liczyć na czyjąś wyjątkową to­lerancję
5chinmoku - milczenie, cisza

Podróże

  • 1
  • 2
  • 3

Wspomnienia z przełomu starego i nowego roku,…

23 grudnia są urodziny cesarza. Jest to dobry moment na zdjęcia (jedyny dzień w roku, gdy normalny śmiertelnik ma prawo... Więcej

Asamayama - poślednia siostra Fudżi

Asamayama - poślednia siostra Fudżi

Góra Asama(浅間山, Asama-yama) jest najbardziej aktywnym wulkanem na wyspie Honshu. Asama-yama leży na granicy prefektur Gunma i Nagano, w samym... Więcej

Śladami siedmiu szczęśliwych bogów

Śladami siedmiu szczęśliwych bogów

Pielgrzymki do świątyń siedmiu bogów szczęścia shichifukujin meguri należą w Tokio do najpopularniejszych zwyczajów noworocznych. W stolicy Japonii można wybierać... Więcej

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się