Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 70
A+ A A-

Niedyskrecje wielkiej polityki

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
Shintarō Ishihara, gubernator stołecznej metropolii, a jednocześnie enfante terrible japońskiej sceny politycznej, ponownie wykazał się ostatnio kilkoma zaskakującymi wystąpieniami. Potwierdziło to jego rolę negatywnego bohatera w miejscowych mass-mediach. Znany już naszym Czytelnikom ze swego publicznego expose sprzed 3,5 roku, w którym użył pogardliwego i obraźliwego w stosunku do sąsiadów-Azjatów okreslenia „sankokujin” (komentarze D. Hałasa i moje w numerach:12, 13, 15, 16 i 17 Gazety Klubu Polskiego w Japonii), tokijski gubertator tym razem przyłożył Koreańczykom (en masse – południowym i północnym), a w 4 dni później - także Chińczykom. 
Pod koniec października japońska prasa anglojęzyczna („The Daily Yomiuri” z 30. X.) doniosła o tym, że Ishihara publicznie podważył fakt 35-letniej japońskiej okupacji Półwyspu Koreańskiego (1910 – 1945), a koreańskie pretensje o tę „aneksję” (prawda, że lepiej brzmi niż „okupacja”?) są nieuzasadnione. Korea (z racji swej słabości ekonomiczno-politycznej w tym czasie) nie była w stanie utrzymać dalej swego niepodległego bytu państwowego i groził jej zabór ze strony któregoś z sąsiadów (Chin lub Rosji). Uprzedzając ten wyrok historii, Korea (po analizie sytuacji i podjęciu własnej, niezawisłej decyzji) sama zwróciła się do Japonii o protekcję – do której to prośby Japonia się przychyliła. I w ten oto sposób nastąpiła jej aneksja. Niechże więc teraz Koreańczycy nie histeryzują i uświadomią sobie, że winę za to (w istocie bardzo represyjną 35-letnią okupację ich kraju – z zakazem publicznego używania języka koreańskiego, przymusową edukacją po japońsku, obowiązkiem przybierania japońskich imion i nazwisk, masową deportacją do niewolniczej pracy w japońskich kopalniach, hutach i innych zakładach przemysłu ciężkiego, powszechnym zaciągiem do cesarskiej armii i obowiązkiem walki w pierwszej linii frontu - a jak nie, to polowy sąd wojskowy z wiadomym skutkiem... itp.) ponoszą ich przodkowie, a nie Japończycy...
        Takie to rewelacje ujawnił nasz bohater, wykazując się nie byle jaką (nie)znajomoscią historii i odkrywczą jej interpretacją. W natychmiastowej reakcji wystapiły oficjalnie koreańskie agendy rządowe obu krajow (ROK i KRLD) - w rzadkim odruchu narodowej solidarności. Ishihara podobno potem przepraszał, tłumacząc się, że został źle zrozumiany z winy mass-mediów, które wypaczyły sens jego wypowiedzi... (11. XI. Ishihara zapowiedział, że wystąpi z pozwem sądowym przeciw stacji telewizyjnej TBS za błędne cytowanie go w programie „Sunday Morning”).
        Na początku listopada („The Daily Yomiuri” z 3. XI) swój kolejny arogancki komentarz poswięcił Chinom, które obraził w szczególnie nietaktowny sposób. Tym razem to Chińczycy dali szybką ripostę. Ishihara w publicznym wystąpieniu w pref. Kagoshima (ma to swoją wymowę, o czym poniżej) wyraził swą dezaprobatę dla ostatniego sukcesu chińskiej techniki – pomyslnie zakończonej misji wysłania w kosmos pierwszej chińskiej rakiety z załogą (jako trzecie państwo na swiecie po ZSRR i USA). Przy okazji Chiny wypromowały nowe określenie „taikonauta” (jako chiński odpowiednik anglojęzycznego „astronauty” i rosyjskiego „kosmonauty”). Stwierdził, że radość Chińczyków wynika tylko z ich ewidentnej ignorancji technicznej, bo chyba sami nie są świadomi tego, iż zastosowana przez nich technologia jest przestarzała, wręcz kompromitująca... Żaden to więc powód do dumy i nadmiernego świętowania tego „sukcesu”... Phi! Też mi coś! Japonia (gdyby tylko chciała) taki program zrealizowałaby w ciągu roku! (wdrożenie chińskiego zajęło wiele lat). Jednym słowem – w niewybredny sposób boleśnie zranił narodową dumę chińskich sąsiadów Japonii.
Obserwatorom poczynań aroganckiego gubernatora stołecznej metropolii jawi się pytanie – o co tak naprawdę mu chodzi...? Czy to tylko niewyparzony język i brak dyplomacji... ultraprawicowość i krewki charakter... wrodzona antypatia do cudzoziemców w ogóle, a azjatyckich sąsiadów w szególności... jakieś ukryte kompleksy i własne urazy? Chyba to wszystko po trochu...
Pokusiłem się o znalezienie odpowiedzi na pytanie: w co gra Ishihara? Takie moje „prywatne dochodzenie w sprawie przypadku S. I.”. Wertując mój ulubiony od 14 lat dziennik „The Daily Yomiuri” znalazłem kilka ważkich powodów tych zaskakujących wystąpień naszego (bo większość japońskiej Polonii mieszka jednak na obszarze m.st. Tokyo) gubernatora.
        Sprawa koreańska – w jej tle kryje się zeszłoroczna afera z uprowadzaniem japońskich obywateli przez komunistycznych agentów (nadal nie rozwiązana przez japońskie MSZ).
Ishihara przy tej okazji nieopatrznie skomentował symboliczne ostrzelanie domu japońskiego parlamentarzysty, który w/g gubernatora jest za bardzo ustępliwy wobec Północnej Korei, ze
„nawet specjalnie nie dziwi się zamachowcom. Zebrał za to zasłużoną krytykę.od swych współrodaków. Stanowi to jawny dowód jego stanowiska, które zaowocowało gubernatorską decyzją w lipcu – o cofnięciu podatkowego zwolnienia dla Chongryon (Ogólnego Stowarzyszenia Koreańskich Rezydentów w Japonii, sympatyzującego z północnokoreańskim reżimem). Nie wiadomo zresztą dlaczego cieszyło się ono tym przywilejem od 1972 r. (o przyczynę należałoby zapytać ówczesnego gubernatora stolicy – Ryokichi Minobe, który tak wyjątkowo wspaniałomyslnie potraktował wtedy Chongryon). Ishihara nałożył w lipcu br. na Stowarzyszenie 60-milionowy podatek za posiadane w stolicy nieruchomości. Chongryon nie przyjęło tego do wiadomości i nie zapłaciło 20 mln. jenów (1/3 całości) do wyznaczonego na koniec września terminu. W odpowiedzi gubernator bezzwłocznie nakazał administracyjne przejęcie nieruchomości i zagroził sprzedaniem ich na aukcji. Metoda poskutkowała i Chongryon zapłaciło na początku listopada 22 mln. jenów, ale jednocześnie zapowiedziało odwołanie się od tej arbitralnej decyzji do sądu, co na jakiś czas skutecznie wstrzymuje egzekucję i wiąże ręce Ishiharze. Najbliższy czas pokaże jak się ta sprawa dalej potoczy...
        Sprawa chińska – tu w tle kryje się długi ciąg niepowodzeń japońskiej astronautyki... Przypominam, że japoński kosmodrom znajduje się własnie w prow. Kagoshima – co jeszcze bardziej uwiarygadnia ten wątek. W 1997 r. Japonia była bardzo dumna z wysłania w kosmos satelity Midori-1 do pomiarów okołoziemskiej atmosfery. Jego cena była dwukrotnie wyższa od średniej światowej, ale otrzymywane dzięki niemu precyzyjne dane przez kolejne 3 lata miały być wystarczającym usprawiedliwieniem tej ekstrawagancji. Jedak ku rozpaczy NSDA (National Space Development Agency) kosztowny satelita, w skutek awarii systemu zasilania, odmówił dalszej wspólpracy już po 10 miesiącach. Japończycy przełknęli gorzką pigułkę, rzekomo zweryfikowali projekt i w grudniu 2002 wysłali w kosmos kolejną wersję – Midori-2. (kosztem 70 mld. jenów, w tym połowa na oprzyrządowanie pomiarowe). Ponownie głównym celem było zbieranie przez kolejne 3 lata unikalnych danych meteorologicznych (m.in. pomiar warstwy ozonu, chroniącej Ziemię przed szkodliwym, bezposrednim promieniowaniem kosmicznym). Na wszelki przypadek przemianowano nawet NSDA na JAXA (Japan Aerospace Exploration Agency), aby pozbyć się niepożądanych skojarzeń z poprzednimi niepowodzeniami (w międzyczasie były też jeszcze nieudane próby odpalania innych rakiet). Niestety! Już 25. X. br. nowa agencja musiała przyznać, że i tym razem straciła kontakt z satelitą (w 11 miesiącu jego orbitowania), gdyż nastąpiła taka sama awaria systemu zasilania... Dyrektor JAXA Yamanouchi nie posiadał się ze zdziwienia jak mogło do tego dojsć, sugerując, że winna jest zapewne bardzo ostatnio silna aktywność elektromagnetyczna Słońca. Może – choć dziwne, że jakoś nie szkodzi to setkom innych satelitów... Kosmiczna misja Midori-2 ponownie prysła jak mydlana bańka.
        I tu Chińczycy, którzy zapewne w/g Ishihary - ledwie-ledwie wygrzebują się dopiero z postkomunistycznej zapaści technologiczno-gospodarczej, triumfalnie obwieszczają całemu światu (15. XI.), że ich pierwsza załogowa misja zakończyła się pełnym sukcesem! Krew słusznie zawrzała w gubernatorze – bo czy można było puscić płazem taki afront? Nie! Zwłaszcza będąc w służbowej podróży do pref. Kagoshima...
        O czym świadczą te przytoczone przypadki? Że nasz gubernator zapewne „chce dobrze” (dla swego kraju i jego obywateli – choć z wykluczeniem pracujących dla Japonii obcokrajowców), ale czasami ponosi go literacki temperament... Także o tym, że często zapomina o swym publicznym stanowisku i wdaje się w swe prywatne wojny, odważnie choć irytująco walcząc w imię swych przekonań. Innym dowodem jego nieposkromionych osobistych ambicji jest stałe dążenie do wypromowania swych dwóch synów na polityków. Starszy – Nobuteru został juz nawet Ministrem Budownictwa i Transportu, a w ostatniej kampanii wyborczej do Niższej Izby japońskiego Parlamentu sam tata Shintarō zaangażował się na rzecz swego najmłodszego – Hirotaki, urzędnika bankowego (startującego z rodzinnego okręgu wyborczego Shinagawa-ku, z którego jego ojciec był 8-krotnie wybrany...). Ishihara jest więc trochę takim japońskim Don Kichotem...
        Jestem z kraju, który też miał swego Wallenroda – stąd staram się go poniekąd zrozumieć. Aczkolwiek w opinii publicznej wallenrodyzm stoi nieco wyżej niż donkiszoteria... :-)))
Wszystkim polskim poddanym obecnego gubernatora stołecznej metropolii S. Ishihary - życzę pogodnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia i Nowego Roku! A w następnych wyborach na to stanowisko – może jednak zwycięstwa innego kandydata (bardziej przyjaznego międzynarodowej społeczności).
Ostatnio zmieniany

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się