Błąd
  • JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 178
A+ A A-

Dane jest mi żyć

Oceń ten artykuł
(10 głosów)

"Pochodzę z biednej, rybackiej rodziny w mieście Fukuoka na wyspie Kyushu"-zaczyna swoją opowieść Matsumoto Masayoshi, szczupły, niewysoki mężczyzna o łagodnej twarzy, który był żołnierzem cesarskiej armii japońskiej w czasie II wojny światowej. W sobotnie południe rozmawiamy w kawiarni koło stacji kolejowej w Kobuchi w zachodnim Tokio.

"Urodziłem się 30 marca 1922 roku. Chciałem się uczyć, ale rodzice nie mieli pieniędzy i skończyłem tylko sześć klas w obowiązkowej szkole podstawowej w Fukuoce. Ciągnęło mnie do książek. Czytałem i uczyłem się sam ile mogłem, ale musiałem iść do pracy, żeby zarobić na życie. Pracowałem w kopalni węgla w Omuta. Jak tylko miałem chwilę wolnego, szedłem do kolegi. U niego w domu na stole leżała zawsze jakaś gruba książka. Zwróciłem na to uwagę. Pewnego dnia zapytałem co to za książka. "To Biblia" odpowiedział kolega. "Nie czytałeś Biblii? Jak chcesz to ci pożyczę. Możesz też pójść ze mną do kościoła na nabożeństwo".

W szkole uczono nas, że musimy oddać życie za cesarza i za ojczyznę. Wiedziałem, ze muszę wcześniej czy później umrzeć, że jest to tylko kwestia czasu w moim krótkim jeszcze życiu. Chciałem wiedzieć, czym właściwie jest życie i śmierć. Poszukiwałem odpowiedzi na to pytanie. Zapewne dlatego ciekawiły mnie książki. Pożyczyłem Biblię i zacząłem czytać. Bardzo mnie zainteresowała. Mówiła o rzeczach, które były mi nieznane. Powiedziałem koledze, żeby mnie zabrał na nabożeństwo. Ujęła mnie szczerość i otwartość pastora. W wieku 18 lat nieoczekiwanie zostałem chrześcijaninem.

Na jesieni 1943 roku zostałem powołany do wojska. Dowiedziałem się, że po szkoleniu w Nagasaki pojadę do Chin. Kiedy poszedłem do pastora żeby się pożegnać, usłyszałem: "Japonia przegra tę wojnę. Nie ma co do tego wątpliwości. Nie rób niczego złego, nie rób niczego, czego mógłbyś potem żałować. Nie daj się zabić i nie popełniaj samobójstwa. Wróć żywy." (ludność cywilna, a szczególnie żołnierze byli uczeni, że nie mogą dać się wziąć do niewoli, że w obliczu zagrażającej niewoli należy popełnić samobójstwo).

"To co powiedział pastor było nie tylko zdumiewające, ale wręcz niebezpieczne. Nie wolno było przejawić nawet cienia krytyki w stosunku do toczonej wojny, a nadzór policyjny nad poglądami społeczeństwa był tak silny, że rodzice bali się powiedzieć udającym się na wojnę synom, żeby mieli się dobrze. W obawie przed podsłuchującymi szpiegami lub policjantami matka nawet we własnym domu bała się życzyć swojemu synowi, żeby wrócił żywy. Zamiast tego mówiła: "Walcz na chwałę cesarza i kraju!". Dużo żołnierzy wracało z Chin w urnach. Ich prochy były przenoszone do świątyni Yasukuni, gdzie traktowano ich jako "bogów wojny". Rodzice dostawali gratulacje, że ich syn poległ za ojczyznę. Słowa pastora były więc zdumiewające i tym bardziej zostały w mojej pamięci. Moi rodzice byli prostymi ludźmi. Nic nie powiedzieli kiedy dostałem list poboru i wyjeżdżałem na wojnę, z której nie miałem wielu szans powrotu. Widocznie uważali, że tak musiało być.


Chiny

"Dostałem rozkaz stacjonowania w prowincji Yu w regionie Shanxi w północnych Chinach. Jeszcze w Japonii przeszedłem szkolenie medyczne i byłem pielęgniarzem. W Chinach początkowo stacjonowałem w oddziale, który prowadził działalność szpiegowską dotyczącą stacjonowania wojsk nieprzyjaciela. Jeden ze zwerbowanych na miejscu żołnierzy japońskich mieszkał w Chinach długo i mówił biegle po chińsku. Przebierał się w strój cywilny, zapuszczał do pobliskich wsi i próbował się dowiedzieć, gdzie stacjonuje wojsko armii komunistycznej. Kiedy spotkał mężczyznę, który zdawał się coś wiedzieć, aresztował go, przyprowadzał do obozu i prowadziliśmy przesłuchanie. Chińczycy nie chcieli nic mówić, więc ich torturowaliśmy.

Byłem przy torturach około pięciu mężczyzn. Kładliśmy im na nogach deskę, a na niej coraz cięższe kamienie i skały. Powoli miażdżyliśmy przesłuchiwanemu kości. Inną powszechnie stosowaną podczas przesłuchania torturą było pompowanie wody. Kładliśmy człowieka na desce i przywiązywaliśmy go do niej. Wlewaliśmy mu na siłę wodę do ust. Człowiek się dusił. Woda wylewała mu się zewsząd, a brzuch wypełniał się wodą jak balon. W końcu przyciskaliśmy albo po prostu kopaliśmy jego brzuch, żeby wypompować wodę. Zmieszana z krwią wydobywała się przez usta ofiary. Po opróżnieniu brzucha zaczynaliśmy wlewanie wody na nowo.

Przesłuchiwani byli na końcu zabijani. Kopali sobie sami doły i siadali nad nimi. Związywaliśmy im ręce z tyłu. Oficerowie ćwiczyli ścinanie głowy mieczem japońskim. Głowa spadała najczęściej do rowu. Wrzucało się do niego resztę ciała i zakopywało. Niektórzy służyli jako żywe wykrywacze min. Szli na przedzie przed wojskiem. Jeżeli na drodze, którą szli, była mina to ich rozsadzała na strzępy. Ludzie byli po torturach wycieńczeni i ledwo szli. Ale nie mieli wyjścia. Japońscy żołnierze szli za nimi z karabinami i bagnetami.

Będąc w Chinach zupełnie nie pamiętałem słów pastora. Chyba dlatego, że w szkole uczono nas, iż Chińczycy i Koreańczycy nie są równymi nam ludźmi, że są mniej rozwinięci i nie dorównują nam ani rozwojem umysłowym ani cywilizacyjnym. Nie czułem więc specjalnie oporów, żeby ich torturować. Nie zastanawiałem się głębiej nad ich losem. Tłumaczyłem sobie, że jest wojna i nie mam wyboru. Potem oddelegowano mnie do innego oddziału, gdzie zajmowałem się badaniem kobiet, szczególnie Koreanek zmuszanych do oddawania się żołnierzom. Kobiety te nazywa się w obecnej literaturze japońskiej "kobietami pocieszycielkami", ale były w rzeczywistości seksualnymi niewolnicami. Nie miały żadnych praw. Musiały być cały czas dostępne dla żołnierzy. Służyły głównie oficerom i podoficerom, ale i zwykły żołnierz mógł skorzystać z ich usług. Żołnierze ustawiali się przed szopami, w których były kobiety w kolejkach jak do ubikacji. Spuszczali spodnie i czekali na swoją kolejkę. Mieli do dyspozycji około 10-15 minut. Nie chcieli tracić czasu. Musieli drogo płacić mężczyźnie, który "zajmował się" udostępnianiem kobiet. Oficerowie i podoficerowie mieli do dyspozycji więcej czasu, ale drożej płacili za ten przywilej.

Kobiety dostawały pewnie jakąś mała część z urobku, ale zarabiał głównie alfons. Jako medyk wojskowy nie tylko badałem kobiety pod kontem chorób wenerycznych, ale i rozdawałem żołnierzom kondomy dla zabezpieczenia. Miałem ich całą stertę. Przestrzegałem, żeby ich używali. Koreanki i Chinki były albo porywane albo werbowane do poniżającej pracy podstępnie. Dziewczyny w okupowanej przez Japonię Korei były wyznaczane do pracy. Mówiło się im, że będą pracowały jako pomoc dla żołnierzy w kuchni i przy sprzątaniu. W rzeczywistości musiały oddawać swoje ciało. Nie mogły nic zrobić, żeby uniknąć swojego losu, nie mogły się nawet poskarżyć, bo groziło to pobiciem. Na podstawie ilości badanych kobiet i wojsk stacjonujących w regionie wyliczyłem, że było tam około czterech tysięcy seksualnych niewolnic. Nie zastanawiałem się wówczas głębiej nad ich losem. Japonki stały się pełnoprawnymi obywatelami dopiero po wojnie. W przedwojennej Japonii kobiety były własnością mężczyzn, od których całkowicie zależał ich los.


Darowane życie

Służąc w wojsku pięciokrotnie doświadczyłem cudownych sytuacji, w których zostało mi darowane życie. Dwa razy nadepnąłem na krawędź miny. Nadepnąłem na brzeg dołka, w którym była mina. Zobaczyłem ją, ale nie wybuchła. Leżała kilkanaście centymetrów od miejsca, które nadepnąłem. "Nie zginąłem" pomyślałem niedowierzając, że widzę odsłoniętą minę. Za drugim razem moje zdziwienie było tym większe, że zauważyłem cztery miny w odstępie kilku metrów od tej, której krawędź przydepnąłem. Odszedłem w tył, znalazłem kamienie i rzucałem je kolejno w miejsca, gdzie wydawało mi się, że są miny. Eksplodowały jedna po drugiej.

Trzeci cud zdarzył się podczas misji zwiadowczej, na którą wysłany zostałem z innym żołnierzem. Mieliśmy przebadać teren, czy jest czysty od chińskich żołnierzy. Było zupełnie cicho i wokół nie było śladu bytności człowieka. Stąpaliśmy powoli i bezszelestnie. Nagle usłyszałem świst i poczułem jakby ktoś potargał mi włosy. W tym momencie usłyszałem tępy odgłos upadającego ciała mojego towarzysza. Dopiero po chwili oprzytomniałem i zorientowałem się, co się stało. Kula wystrzelona przez kogoś siedzącego za skałą przeleciała przez moje włosy tuż nad czubkiem głowy i trafiła go prosto w czaszkę. Nie zdążył nawet wydobyć żadnego głosu. Zginął od razu. Nie mogłem uwierzyć, że nie byłem na jego miejscu, bo wygląda na to, że strzelec mierzył we mnie.

Czwarty cud darowania mi życia miał miejsce podczas podobnej, choć większej misji zwiadowczej. Brałem w niej udział regularnie. Dowódca wysyłał mnie wraz z innymi żołnierzami na pobliski teren w celu wyczucia pozycji przeciwnika. Pewnego dnia zawołał mnie i powiedział: "Matsumoto chodzisz od pewnego czasu na zwiady codziennie. Zostaniesz dzisiaj w obozie" i wyznaczył innego żołnierza na moje miejsce. Tego dnia żołnierze z chińskiej armii komunistycznej napadli na nasz oddział i zabili wszystkich. Nie mogłem uwierzyć. Byłem na tej samej misji zwiadowczej tyle razy...

Piąty raz Bóg darował mi życie po zakończeniu wojny. Tuż po kapitulacji dostaliśmy od dowództwa rozkaz pozostania w Chinach i przyłączenia się do walk chińskich nacjonalistów pod dowództwem Yan Xishana. Powiedziano nam, że miasto w którym stacjonuje nasz oddział, czyli Nagasaki zostało starte z powierzchni ziemi nowym rodzajem broni i nie mamy tam po co wracać. Mieliśmy wraz z wojskiem Yan Xishana stawić czoła armii komunistycznej. Zostałem w prowincji Yu. Mieliśmy ubezpieczać miejscową linię kolejową. W marcu 1946 roku do naszego oddziału przyjechała japońska komisja inspekcyjna. Jeden z podoficerow wskazał na mnie i powiedział: "Wystąp. Wracasz do Japonii!" Zostałem wybrany i wróciłem. W Chinach zostało 2600 japońskich żołnierzy, którzy walczyli po stronie Yan Xishana. Setki z nich zginęło w bitwach. Ci, którzy nie zginęli zostali schwytani przez armię chińską i umieszczeni w obozach dla zbrodniarzy wojennych.

Kiedy przypomninam sobie wszystkie te cudowne zdarzenia, to nie mogę powiedzieć, że "żyję", lecz "dane jest mi żyć". Nie byłem wprawdzie w chińskim obozie dla zbrodniarzy wojennych, ale czuję że jestem jednym z nich, bo robilem to samo co oni. Dlatego jako zadośćuczynienie postanowiłem, że będę dawał świadectwo swoich zbrodni przy każdej możliwej okazji. Kiedy ktokolwiek mnie o to poprosi. Po powrocie do Japonii poszedłem przywitać się z naszym pastorem. Powiedział mi, że na Uniwersytecie Seinan Gakuin w Fukuoce powstanie wydział teologii, żebym się tam zapisał na studia. "Ale ja jestem samoukiem, skończyłem tylko sześć klas szkoły podstawowej. Nie mam dokumentów potrzebnych do studiów" powiedziałem. "Nie szkodzi" uspokoił mnie pastor ."Potrzebujemy ludzi, którzy są gotowi studiować Biblię. Nadajesz się." I tak dostałem się na studia teologiczne, a potem zostałem pastorem.

Opowiadałem swoim dzieciom i wnukom o wojnie. Uważam, że młode pokolenie powinno nie tylko znać przeszłość, ale wyciągać z niej wnioski. Inaczej nie może tworzyć teraźniejszości ani przyszłości. Odpowiedzialność za wojnę ponosi cesarz, ale nie zostały wyciągnięte w stosunku do niego żadne konsekwencje. Japonia ponosi odpowiedzialność za zbrodnie wojenne jako kraj i powinna za nie przeprosić okupowane przez siebie w czasie wojny kraje. Inaczej nie bedziemy szanowanym państwem."

Ostatnio zmieniany

Artykuły powiązane

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się