A+ A A-

Państwo Środka, Kraj Wschodzącego Słońca i reszta świata, część II

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

W pierwszej części mojej próby porównania Japonii z Chinami skupiłam się na kwestii zagęszczenia, w jakim zmuszone są żyć obie nacje. Sądzę, że takie właśnie warunki miały duży wpływ na ukształtowanie się systemu wartości i wielu zachowań. Pominęłam jednakże jedną, istotną sprawę, która wpłynęła na wysoki poziom tolerancji Japończyków i (w mniejszym stopniu) Chińczyków, jest to umiejętność nieuświadamiania sobie obecności innych ludzi. 

Moja przyjaciółka Polka, po półrocznym pobycie w Japonii powiada, że czuła się tu przezroczysta. Brakowało jej kontaktu wzrokowego na ulicy, w sklepach czy w kolejce miejskiej. Ale najbardziej chyba odczuwała brak męskich spojrzeń... Stopniowo przestała się kobieco ubierać, dbać o fryzurę i makijaż. Seksowne mini-spódniczki i kuse topy wymieniła na wygodne dżinsy i masowo produkowane T-shirty. Szybko wtopiła się w tłum ujednoliconych kobiet, wiernych klientek praktycznego UNIQLO.

 

Ja sama podobną metamorfozę przeszłam znacznie wcześniej w Chinach, ale z trochę innych względów. W Chinach wcale nie czułam się przezroczysta. Raczej naga. Wystarczył krótki spacer ruchliwą ulicą, aby ściągnąć na siebie nie tylko setki spojrzeń - zmorą były zbyt bezpośrednie komentarze. Wołania (i to niekoniecznie dzieci): O, idzie laowai (cudzoziemka)! Kupując coś w sklepie słyszałam: Laowai, ci to mają pieniądze! W zależności od stroju czy fryzury bywałam na przemian Niemką lub Rosjanką i nikt nie zamierzał pytać o mą prawdziwą narodowość. Grunt, że taki dowcipniś miał publikę, która chętnie, co jakiś czas, wybuchała zdrowym śmiechem. Idąc kampusem uniwersyteckim z dość smagłym przyjacielem słyszałam: Patrz, biała z czarnym! Ach, ci Amerykanie... Oczywiście wszyscy pozwalali sobie na różne niewybredne uwagi zakładając z góry, że obcokrajowiec nie może znać chińskiego.

 

Z jednej strony odetchnęłam w Japonii, gdzie czasami rzeczywiście można czuć się jak w czapce niewidce. Choć z drugiej strony, niekiedy brakuje mi gadatliwości bezpośrednich mieszkańców Państwa Środka, gdzie przynajmniej nigdy nie czułam się samotna. Z każdym przygodnym taksówkarzem po pięciu minutach można było prowadzić głębokie rozmowy o życiu. Uliczny sprzedawca przy drugim spotkaniu mógł zwierzyć się z kłopotów małżeńskich, a liczne portierki i sprzątaczki w akademiku, nazywane swojsko aiyi (ciocia), podczas wspólnych kąpieli w łaźni opowiadały bez żenady o swoich porodach, menstruacjach i innych sprawach intymnych. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy są członkami zgodnie żyjącej komuny, która prawie nie ma przed sobą tajemnic. W Japonii natomiast, nadmierne przywiązywanie wagi do poczucia taktu (jōshiki) i nieingerowanie w prywatność innych prowadzi niekiedy do zaskakujących reakcji z ich strony w konfrontacji z cudzoziemcami. Wystarczy wspomnieć szokujące dla nas nieustępowanie miejsc w pociągach i metrze kobietom ciężarnym i starszym ludziom. Ustępując miejsce ciężarnej, i w ten sposób wyodrębniając ją z anonimowego tłumu, można naruszyć jej prywatność. A sama zainteresowana po prostu odmówi i wówczas skrępowany poczuje się ustępujący swojego miejsca. Dla mnie samej najbardziej niezrozumiałe jest unikanie mojego wzroku przez sąsiadów mieszkających w bezpośrednim otoczeniu, kiedy na przykład wieszam pranie, sąsiad może myć auto tuż pod moim nosem, zalewając przy okazji pół naszego parkingu, ale dzień dobry nie powie. Mój mąż broni sąsiadów tłumacząc, że postępują oni tak, aby uszanować moją prywatność; mogę przecież wieszać nie tylko koszule czy skarpetki, ale nawet taki - nie daj Boże - biustonosz czy majtki... A tak, to byłam sama i nikt niczego nie widział. Japończycy mawiają, że japońskie poczucie taktu to poza Japonią brak taktu - nihon-no jōshiki-wa, gaikoku-de hijoshiki-desu.

 

Może właśnie ta przesadna dla nas ostrożność w kontaktach międzyludzkich powoduje pewien chłód uczuciowy? Nie wiem, jak inaczej uzasadnić to, iż tak trudno jest się z kimś w Japonii prawdziwie zaprzyjaźnić. Trudno liczyć na otwarte zaproszenie do czyjegoś domu. Gości najczęściej podejmuje się w restauracjach, nawet dalszą rodzinę... Ponoć wynika to z ciasnoty panującej w przeciętnym japońskim mieszkaniu i często z rozgardiaszu. Tego ostatniego trudno uniknąć przy powszechnym umiłowaniu do gromadzenia rzeczy i różnych (nikomu w sumie niepotrzebnych) przedmiotów. Japończycy potrafią być namiętnymi zbieraczami, przy (często wymykającej się spod kontroli) pasji robienia zakupów. Sztuką zresztą jest oprzeć się temu nałogowi w kraju, gdzie na każdym kroku kuszą nieprawdopodobne wyprzedaże posezonowe (do 70% obniżki cen), 100-jenowe sklepy tysiąca i jeden drobiazgów, oraz popularne ostatnio bazary. Japoński pchli targ z markowymi, prawie nieużywanymi ubraniami, zabawkami i nową ceramiką za bezcen może uzależnić. Jednakże w całym tym szaleństwie konsumpcyjnym gubi się człowiek i rozluźniają się podstawowe więzy. Rodzina powoli przestaje być oparciem, a poczucie obowiązku wobec jej członków ogranicza się do odpowiedzialności finansowej. Rodzice młodej pary, zamiast pomóc w opiece nad dziećmi, obdarowują kosztownymi prezentami. Kiedy dziadkowie osiągną wiek emerytalny, ich dzieci w rewanżu partycypują w kosztach pobytu w nieźle prosperujących domach starców.

 

W Chinach, jak dotąd, więzy rodzinne są bardzo silne. Zwłaszcza na wsiach (choć nie tylko) nadal pod jednym dachem mieszkają rodziny wielopokoleniowe. Dzieci, a raczej jedno dziecko, wychowują rodzice przy aktywnym udziale dziadków. Nie do rzadkości należy sytuacja, w której młodzi rodzice na lata zostawiają swoje dziecko pod opieką dziadków, a sami wyjeżdżają do dużego miasta lub za granicę za ryżem. Jeszcze w latach 50-tych nieomylny przewodniczący Mao szeroko promował duży przyrost naturalny. Przy braku innych rozrywek (np. telewizji), miliony Chińczyków ochoczo zabrały się za prokreację, aby zasilać szeregi Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i zwiększać ilość rąk do pracy na roli i w fabrykach. Wszystko to w imię światowego tryumfu chińskiego komunizmu... Dopiero w 1979r., kiedy co bardziej postępowym działaczom udało się udowodnić, że przyrost naturalny pożera cały przyrost produkcji, rozpoczęto nieśmiałe kampanie kontroli urodzeń. Początkowo był to model 2 plus 2, ale wkrótce bardziej dalekowzroczni następcy Mao ustanowili, że przeciętna rodzina chińska ma prawo tylko do jednego potomka. Niezwłocznie wprowadzono w życie terror antykoncepcyjny, przymusowe kontrole ginekologiczne, izolowanie mężczyzn od kobiet w komunach, samokrytyki ciężarnych oraz obowiązkowe aborcje. Urodzenie drugiego nielegalnego dziecka karane jest teraz wysokimi grzywnami i ograniczonymi prawami obywatelskimi. W rezultacie w Chinach rośnie nowe pokolenie małych cesarzy (xiao huangdi), jak nazywa się rozpieszczonych i cennych jedynaków. Otoczone przesadną opieką i traktowane jak skarb, chińskie latorośle są na ogół przekarmione, wystrojone i zepsute przez nadskakujących im rodziców i dziadków z obu stron. Co bardziej przewidujący już teraz martwią się o starość, bo wiele wskazuje na to, że w przyszłości na 6 starych osób będzie przypadał tylko jeden młody człowiek - mały cesarz.

 

Porównując Chiny z Japonią, przy bliższej analizie, widać jednak więcej podobieństw niż różnic. Jest coś, co różni te dwa kraje od siebie i jednocześnie od reszty świata. Mam na myśli pewne specyficzne obsesje. Wspólne jest zamiłowanie do hazardu, jednakże w Japonii jest to cały przemysł. Tutejsi nałogowcy gromadzą się głównie w salonach pachinko o zabójczej dawce decybeli, gdzie szybciej można ogłuchnąć niż się wzbogacić. Moja znajoma Australijka przez kilka miesięcy obliczała wygrane i przegrane uzależnionego małżonka (już po rozwodzie) i bilans był zero. Dużą popularnością cieszą się też wyścigi konne. Dla odważniejszej klienteli są jeszcze podziemne kasyna (słynie z tego Kabuki-ch? w Shinjuku), gdzie japońscy yakuza walczą o wpływy z chińską mafią i nieraz dochodzi do scen rodem z filmów kung-fu.

 

Większymi hazardzistami od Japończyków są chyba tylko jeszcze Chińczycy. Ci potrzebują byle pretekstu do obstawienia zakładu. Gra się dosłownie wszędzie i o wszystko: na ulicach, w parkach, w czasie pracy... Starsi Chińczycy uwielbiają zasiadać na chodnikach czy miejskich skwerach do partii madżonga, gry w kości lub domino. Inni zakładają się o walki świerszczy, kogutów, psów albo żołwi. Nie wspomnę już o loteriach, rzucaniu monetą, kursach akcji... itp. A wszystko to w kłębach dymu papierosowego i nierzadko sowicie zakrapiane baijiu (chińską ryżówką).

 

Przywiązanie do nałogów silnie kontrastuje z chińską obsesją na punkcie zdrowia. Bogaty asortyment medycyny zachodniej konkuruje z tradycyjną medycyną chińską. Pacjent po zdiagnozowaniu choroby jest zawsze pytany, co woli - dongyao (medykamenty wschodnie), czy xiyao (leki zachodnie). Do leczenia metodami tradycyjnymi potrzeba jest jednak więcej samozaparcia: sproszkowane koniki polne, żabie brodawki i mikstury z gąsienic czy skorpionów co wrażliwsze jednostki mogą doprowadzić do niestrawności. Dla Chińczyków skrupulatne mierzenie gorączki jest zbyt mechaniczne. Bardziej wierzą w potrzebę utrzymywania w organizmie równowagi termicznej, o którą należy dbać poprzez odpowiednią dietę. Wyziębiony organizm kobiety po połogu potrzebuje dziennie (przez pierwsze 3 miesiące) około 10 jaj i 3 porcje gorącego bulionu drobiowego... Jedna z Chinek, która udzielała mi powyższych rad, po takiej kuracji wyglądała jak w 13-stym miesiącu ciąży... Ale za to było jej naprawdę ciepło...

 

Może z podobnych przyczyn Japończycy twierdzą, że za biegunkę odpowiedzialne jest wyziębienie brzucha, tak że nici z seksownej bielizny czy kontakt z nagim torsem małżonka...? Trzeba spać w ciepłej piżamie, a górną jej część dobrze włożyć za gumkę spodenek.

 

Kolejną fobią Chińczyków jest mania męskości. Wielu mężczyzn bardzo rygorystycznie kontroluje swoją dietę i doszukuje się afrodyzjaków w najdziwniejszych składnikach. Z tej racji masowo ginie wiele gatunków zwierząt - cenny specyfik to woreczki żółciowe węży i suszone penisy jeleni. Z obawy przed spadkiem potencji prawdziwy chiński mężczyzna unika spożywania zdradliwych krewetek i niektórych mięczaków. Odpowiednio odżywiony przedstawiciel płci brzydkiej marzy o chińskim ideale kobiecej urody: wątła piękność o kruczoczarnych włosach, alabastrowo białej skórze i o maleńkich stopach złotego lotosu, wstydliwa i nieśmiała osóbka, która śmiejąc się przykrywa dłonią usta. Wąska talia, szerokie biodra, obfity biust i nogi aż do nieba? Te atrybuty jak dotąd nie robiły na Chińczykach żadnego wrażenia. Najbardziej w cenie jest dziewczęcość i niewinność.

 

W tych zamiłowaniach powściągliwi Chińczycy jednak ustępują Japończykom, nękanym przez loli-kon, czyli kompleks Lolity. Japonka jest bowiem atrakcyjna najwyżej do trzydziestki... Później często określa się ją jako kurisumasu-kēki, czyli ciasto bożonarodzeniowe, które po 25. grudnia można kupić po mocno obniżonej cenie. W Japonii kobieta po trzydziestce, jeżeli jest oczywiście mężatką, przywdziewa uroczy epuron (fartuch) w misie lub kotki i zostaje matką i żoną, znacznie rzadziej kochanką... Ich mężowie wtedy ciężko pracują na utrzymanie rodziny, a po pracy relaksują się w towarzystwie egzotycznych hostess lub świeżych licealistek... To ostatnie jest także swoistą japońską obsesją i nazywane jest eufemistycznie enjo-kōsai, co dosłownie znaczy - wymiana pomocy, a w rzeczywistości jest prostytucją młodocianych. Sarariiman żyjący w symbiozie z licealistką w zamian za świadczone mu usługi sponsoruje uczennicę, która okupuje się w markowe ciuchy i kosmetyki. Schadzki odbywają się przeważnie w hotelach miłości (love hotel) - kolejnym kuriozum życia japońskiego. Taki hotel można bez trudu odróżnić w gąszczu miejskiej aglomeracji po bardzo kiczowatej architekturze. Pokój w hotelu miłości można wynająć też na godziny i wszyscy przychodzą tu w wiadomym celu. Obsługa jest anonimowa i bez twarzy. Spod szczelnie zakrytego okienka w recepcji obsługują nas tylko ręce, a drzwi pokoju otwierają się automatycznie. A w samym pokoju nie zabraknie niczego, czego może potrzebować para kochanków, nawet gdy zabraknie jej inwencji... Specjalny kanał telewizyjny z niewybredną pornografią non stop, luksusowe łazienki z jacuzzi, prezerwatywy dyskretnie umieszczone na stoliku koło łóżka, a dla wyjątkowo znudzonych rutyną życia płciowego możliwość wynajęcia kostiumu - np. pielęgniarki, miłośniczki SM czy właśnie... licealistki.

 

Chińczycy w sprawach seksu są znacznie bardziej pruderyjni. Sprzeczne z dobrymi obyczajami jest publiczne okazywanie miłości czy zachowania o seksualnym wydźwięku. A już naprawdę w złym guście jest mówienie o tych sprawach. W literaturze i sztuce erotyka pojawia się tylko w formie subtelnych aluzji. Możliwość wychwycenia ukrytych znaczeń w dużym stopniu zależy od wykształcenia odbiorcy.

 

Zarówno Chin, jak i Japonii nie da się pojąć bez znajomości języka i nie mam tu na myśli jedynie wysoko rozwiniętej poezji, prozy czy sztuki. Chcąc zrozumieć zasady funkcjonowania tutejszego życia, przybysz z Zachodu nie może obejść się bez wiedzy o dalekowschodniej mądrości i swoistym postrzeganiu świata. Generalnie (pomijając pismo) uważam, że język chiński jest łatwiejszy od japońskiego. Jedynym utrudnieniem jest fakt, że każdy dźwięk można artykułować w minimum czterech tonach (chodzi o język mandaryński), na przykład słowo mao mając 4 wymowy może mieć konsekwentnie przynajmniej 4 różne znaczenia: kot, sierść, Mao - jako nazwisko, obfity... Dlatego przy nauce chińskiego kluczowe znacznie ma muzykalność. Reszta to już błahostka, bowiem w tym języku nie ma koniugacji ani deklinacji w naszym rozumieniu. Aby zasygnalizować czas przeszły lub przyszły wystarczy dodać słowo wczoraj czy jutro. Obecność skrótów gramatycznych prowadzić może aczkolwiek do wielu nieporozumień, a przy czytaniu chińskiego tekstu nieodzowna jest znajomość całego kontekstu. Pismo chińskie nie jest, tak jak w większości języków, sugestią dźwięku, ale każdy znak jest symbolem. Nie można po prostu przeliterować wyrazu, najłatwiej jest go nakreślić nawet palcem jednej dłoni na drugiej, co jest w Chinach powszechną praktyką. Obecnie istnieje około 50 tysięcy znaków, a wykształcony Chińczyk używa nawet do 8 tysięcy kanji. Opanowanie dźwięcznego języka japońskiego, nazywanego przez lingwistów włoskim Wschodu, wymaga raczej gruntownej wiedzy niż absolutnego słuchu i doskonałej pamięci wzrokowej. Europejscy misjonarze w XIX wieku porównywali język japoński do dzieła szatana, który w ten wymyślny sposób próbował zniweczyć ich wysiłki nawrócenia niewiernych. Skomplikowana gramatyka, odwrócony porządek zdania, pomijanie podmiotu i bogactwo oraz wieloznaczność zwrotów może kojarzyć się z diabelskimi sztuczkami.

 

Oprócz języka potocznego (zokugo), równolegle istnieje język grzecznościowy (teineigo), język honoryfikujący/wywyższający rozmówce (sonkeigo) i przeciwny do niego - język uskromniający/obniżający mówiącego (kenjōgo). Wszystkie te formy, umiejętnie stosowane składają się na keigo (język grzeczno-formalny). Z drugiej strony - ich przesadne nadużywanie jest w złym tonie i określane jest mianem kajō-keigo (przejaskrawione keigo). Cudzoziemiec (a także częściowo młode pokolenie Japończyków), posługując się nawet biegle potocznym japońskim, w przypadku potrzeby prawidłowego użycia keigo staje się bezsilny i bezbronny jak dziecko. Jest to jakby drugi język japoński, mający niewiele wspólnego z tym powszechnie używanym wśród znajomych i rodziny. Na szczęście w języku pisanym oprócz kanji istnieją jeszcze hiragana i katakana - alfabety fonetyczne, które można opanować nawet po tygodniu intensywnej nauki. Aby jednak czytać płynnie konieczna jest nauka nie mniej niż 2000 kanji. Problemów przysparza właściwy odczyt samego kanji, którego wymowa zależy od kombinacji z innym znakiem lub hiraganą. Najlepiej do nauki tego języka jest mieć całe życie, czyli zamieszkać na stałe w Japonii. A w czasie krótkich urlopów (maksimum tydzień) podróżować do intrygujących Chin, ale dopiero po zupełnym opanowaniu epidemii SARS.

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się