A+ A A-

Państwo Środka, Kraj Wschodzącego Słońca i reszta świata

Oceń ten artykuł
(4 głosów)
Powoli, acz konsekwentnie zbliżam się do mojego chińsko-japońskiego półmetka. Dokładnie rzecz biorąc zostały mi niecałe dwa lata do osiągnięcia równowagi (harmonii?): osiem lat tam i sześć lat tu. A te czternaście lat w Azji to tylko trochę mniej niż połowa mojego życia. Pokuszę się więc tutaj o coś w rodzaju porównania tych dwóch kolosów kulturowych, które wywołują w nas Europejczykach i nie tylko, tyle sprzecznych emocji...

Będzie to konfrontacja pewnych zjawisk jedynie z mojego skromnego punktu widzenia, a więc nie należy traktować moich opinii zbyt dosłownie, ani tym bardziej na zasadzie wyroczni. Zarówno do Chin, jak i do Japonii, przywiodła mnie chęć posiadania wiedzy, a dokładnie - zamiłowanie do egzotycznych języków obcych. W Chinach było o tyle ciekawiej, iż głównie uczyłam sie chińskiego, studiując ekologie (tylko takie wtedy przyznawali stypendia maturzystom) i suma sumarum język opanowałam wcale nieźle, ale o ochronie środowiska metodami bakteriologicznymi mam nadal pojęcie dosyć mętne. I dokonując przed Państwem całkiem osobistego zwierzenia wyznam, iż pomimo faktu, że wychodząc za mąż za Japończyka i aż dwa razy ratując malejący odsetek urodzin obywateli tego kraju niejako wzięłam ślub z Japonią, to jednak zawsze bliższy mojej naturze będzie nieokiełznany żywioł Chin. Japończycy to mieszkańcy 7 tysięcy wysp o powierzchni nieco większej od Polski, ścieśnieni na zaledwie jednej czwartej obszaru tego kraju. Reszta regionu to góry, wyżyny i strefy wulkaniczne. To tak jakby skomasować mniej więcej trzykrotną populację Polski na terenach Śląska i Wielkopolski. Chiny, nieprzypadkowo mianujące się Państwem Środka, to jedna piąta całej ludzkosci umieszczona na obszarze, którego wielkość odpowiada rozmiarom Zachodniej i Wschodniej Europy razem wziętych. Obie nacje żyją w zagęszczeniu, którego nie zniósłby żaden człowiek z Zachodu.

 

Japonia

 

W Japonii, jako metodzie na samoprzetrwanie, sprawdził się koncept podziału świata na uchi (bycie wewnątrz) i soto (pozostawanie na zewnątrz). Bycie w (uchi) to przynależność do grupy i społeczna akceptacja, bez której przeciętny Japończyk dusi się jak ryba bez wody. W pojęciu uchi mieszczą się także: ja, mój dom, moja rodzina, mąż czy żona, moja szkoła, moja firma, itd. Można by mnożyć w nieskończonosć te enklawy zamknięte dla osób z soto, którym często odmawia się podstawowych przywilejów.

 

Zaczynając od małego podwórka, soto będzie świeżo upieczoną matką małego dziecka starającą się o przyjęcie do którejś z grup, zbierających się codziennie w okolicznych parkach. Fachowo nazywa się to kōen debyū. Dzieci nie wychowuje się bowiem w pojedynkę i nie chodzi się do piaskownicy ot tak, samej z pociechą. Robi się to w twardo stojącej za nami grupie. Zjawisko polega na wspólnej zabawie, piknikach, spożywaniu składkowego obentō i całodziennych nasiadówkach po kolei (junban1) w domu każdej z poszczególnych członkiń. Przy okazji od razu przyucza się dzieci od podstaw do życia w grupie. Matki prześcigają się w strofowaniu i ustawianiu milusińskich: Arigatō-tte! (podziękuj!)... Dōzo- tte! (powiedz prosze!)... Omocha-o kashite- ne! (pożycz zabawkę), Gomen-ne-tte (przeproś!) itp. Podobnym ingerencjom w suwerenność małego człowieka nie ma końca i brakuje miejsca na kształcenie niezależności i samodzielności. Czasem przypomina mi to teatrzyk lalek, gdzie matki pociągają za wszystkie sznurki i zastanawiam się, kto się tu w końcu przyszedł bawić... W szerszej skali soto to burakumin2, Ainu i Japończycy pochodzenia koreańskiego. Sporo się mówi o odczuwanej przez nich dyskryminacji, na przykład przy szukaniu zatrudnienia. Oczywiscie najbardziej reprezentatywny przykład soto to wszyscy cudzoziemcy wrzuceni do jednego kotła z etykietką GAIJIN (człowiek z zewnątrz, spoza... czyli obcokrajowiec). Każdy z obcych prędzej czy później uświadamia sobie fakt, że emigracja to nie rekreacja i że choćby przeżył tu całe życie mówiąc nawet literacką japońszczyzną i w dodatku posługując się większą ilością kanji (w Japonii to całkiem możliwe, w Chinach raczej nie...) niż przeciętny mieszkaniec tego kraju to i tak zawsze będzie najwyżej obiektem zdumienia i swoistym kuriozum. Niczym tresowany biały niedźwiedź: patrzcie jaki zdolny, może nawet państwu łapę poda... W życiu potocznym określa się takie przypadki komunałem henna gaijin (dziwny cudzoziemiec) i często odczuwam zażenowanie widząc jak wielu obcokrajowców się na to nabiera i puchnie z dumy po takim skomplementowaniu.

 

Harmonijne współżycie w społeczeństwie ułatwia Japończykom (obsesyjne niekiedy) przywiązanie do dwuznaczności i ma ono swoje zródło w potrzebie bycia yasashii (miły, łagodny i przyjazny). Podporządkowanie się tej postawie oznacza konieczność pozostawiania wielu rzeczy niedopowiedzianych i lekko enigmatycznych. Japończycy rzadko odpowiedzą na pytanie krótkim tak lub nie. Na ogół będą to: ma, nee..., ma-ma... czy dō-deshō, nee..., czyli hm... mniej więcej, no jakby to ująć... Kolejnym czynnikiem pozwalającym na układne współistnienie w tak wielkiej masie na ograniczonej przestrzeni to wyśmienita organizacja oraz bezkrytyczne podporządkowanie się wszelakim zasadom, regułom i kodeksom. Popularne japońskie przysłowie głosi: Gwoźdź, który odstaje należy wbić (deru kui-wa utareru).

 

Chiny

 

Podobne problemy Chińczycy rozwiązują trochę inaczej. Przede wszystkim pomocna jest tu jedność charakteru, na który składają się między innymi: konformizm, nepotyzm i flegmatyzm. Brak sprawnej organizacji życia i jasno wytyczonych regulaminów został zrekompensowany przez system hierarchii, zakorzeniony od stuleci. To właśnie dlatego chińskim cesarzom i późniejszym komunistycznym wodzom udało się uczynić tak wiele zła. Nawet w najbardziej dramatycznych momentach chińskiej historii mało komu przychodziło do głowy kwestionować polityczne posunięcia władz. Podobnie jak za czasów Mao Tse Tunga raczej nie dziwił fakt, że choć wszyscy są równi to niektórzy są jeszcze równiejsi...

 

Ale zaradni Chińczycy stworzyli coś, co czyni ich surową egzystencję w bezlitosnym świecie bardziej znośną. Jest to po prostu guanxi. Tak naprawdę, trudno komuś, kto nie jest Chińczykiem, wytłumaczyć na czym polega ten fenomen. Najprościej będzie zdefiniować guanxi jako misternie i mozolnie budowaną, niezniszczalną sieć wzajemnych powiązań i kontaktów, która z czasem staje się najtrwalszym dorobkiem życia jednostki, dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. Porównanie do polskich koneksji byloby chyba zbyt dużym uproszczeniem.Chińskie guanxi to krąg osób, na które zawsze możesz liczyć i właściwie nie mogą one odmówić żadnej twojej prośbie. Ponoć nawet, gdy stracisz prace, odejdzie od ciebie mąż lub żona, aresztuje cię policja - guanxi cię nie opuści. Oczywiście guanxi to również obowiązki. Trzeba dbać o swoich ludzi i nieustannie zapraszać ich na wystawne uczty do restauracji, obdarowywać kosztownymi prezentami i spotykać się. Chińczycy powiadają, że guanxi jest jak pracująca dzień i noc maszyna, nie wolno przestać dolewać oleju, bo maszyna się zepsuje. Oczywiście każdy ma guanxi na miarę swojego statusu i pozycji społecznej. Nawet ja, przez osiem lat pobytu w Kraju Smoka, dorobiłam się swojej małej sieci, której członkowie nieraz ratowali mnie z opresji i sprawiali, że niemożliwe stawało się dostępne. Począwszy od kupna bezcennych biletów kolejowych na trasie Pekin-Moskwa, poprzez występy w Telewizji Tianjin (trzecie co do wielkości miasto po Szanghaju i Pekinie), a skończywszy na herbatce u mera Pekinu. Jedne ciekawe znajomości rodziły następne na zasadzie reakcji łańcuchowej. Jedno z ciekawszych takich wspomnień to pośredniczenie pomiędzy p. Michaliną Wisłocką, a chińskimi tłumaczami jej Sztuki kochania. Latami trwaly negocjacje z chińskimi wydawnictwami, które odsądzały profesora Wen i współpracującą z nim prof. Liu od czci i wiary oraz nie dawały sie przekonać, że dzieło czołowej polskiej seksuolog to nie plugawa pornografia.

 

Ale tak naprawdę moje najsilniejsze guanxi zapoczątkowała znajomość ze sławnym profesorem chemii i kosmetologiem, profesorem Shu Xiaoxian, którego w myslach nazywałam Wielkim Shu. Profesor, a było to ponad dziesięć lat temu, właśnie rozpoczynał produkcję linii Pulanna (wyrobiona już marka w Polsce i Japonii), która składała się z kremów z okruchami złota i srebra. A profesora poznałam dzięki tłumaczeniom dla znanego wówczas biznesmena z Łodzi, którego skierowała do mnie Ambasada Polska. I tak dalej i tak dalej... rozwija się kłębek jedwabnych nici mocnych jak stal. W odróżnieniu od zdyscyplinowanych i pracowitych Japończyków, Chińczycy są raczej flegmatyczni, by nie rzec - leniwi. W Chinach w ogóle czas toczy się wolniej, przynajmniej taki zapamietałam obraz tego kraju z lat 90-tych, co raczej nie dziwi, kiedy bierze się pod uwage fakt, iz ich historia liczy już sobie 4 tysiące lat. Często tysiącleci jeszcze przybywa wprost proporcjonalnie do ilosci wypitego baijiu - tutejszego odpowiednika japońskiej sake. Chińczycy to ludzie o bardzo bogatej fantazji. Oczywiscie są też ludźmi o nieprzeciętnych zdolnościach adaptacyjnych i kiedy realna jest wizja profitu, stają się najsumienniejszymi pracownikami pod slońcem. Przy całym tym flegmatyźmie narodowym trudno jest wyprowadzić Chińczyka, zwykle unikającego bezposredniej konfrontacji, z równowagi. Jeśli już tak się stanie, biada temu kto się naraził i przekroczył te tolerancyjne granice. Rozsierdzony Chińczyk wskakuje na stół i w furii potrafii pozbyć się połowy bujnej czupryny, jeśli nie swojej to nietaktownego rozmówcy. Choć najczęściej widywana przeze mnie scenka to, po niewyszukanej potyczce słownej, gdzie obraża się nie tylko winowajcę, ale jeszcze jego wszystkich przodków, wzajemne się opluwanie. Najczęściej dochodzi do takiej konfrontacji na ulicy na skutek zderzenia się dwóch rowerów, o co nietrudno w morzu tych pojazdów, jeśli weźmie się pod uwagę fakt nieprzestrzegania jakichkolwiek zasad ruchu drogowego... Ryzyko potęguje opłakany stan rowerów, powszechny brak dzwonków i niesprawne hamulce. Ale przezorni Chińczycy i tu mają wytłumaczenie - rower musi wyglądać na stary i zniszczony, gdyż inaczej nam go ukradną.

 

Japochiny lub Chinoponia

 

I Japończyków i Chińczyków upodabnia do siebie wiele postaw i wartości, choć jedni i drudzy, raczej niechetnie sami by się do tego przyznali. Wyspiarska Japonia nie czuje się częścią Azji i zdaje się ją traktować jako przede wszystkim miejsce egzotycznych wakacji, źródło taniej siły roboczej czy też pogotowie matrymonialne dla samotnych rolników. Mieszkańcy Zhong-guo (Państwa Środka) traktują swój kraj jako centrum cywilizowanego świata i do tej pory bardzo mało przejmowali się innymi narodami. Świat dzielą na Chiny i na pozostalą ziemię (waiguo - kraj zewnętrzny). Mieszkańcy reszty świata to w mniej wysublimowanej terminologii - waigui, czyli zamorskie diabły. Dzielą sie one na na białe (baigui) o niebieskich oczach, czerwone (hong-gui), czyli na przykład rudowłosi Holendrzy oraz czarne (heigui) - żyjące w Afryce, Indiach i na Sri Lance. Termin diabły żółte (huang-gui) taktownie pomija się milczeniem i najwyżej można go usłyszeć z ust zdesperowanego cudzoziemca, potocznie nazywanego też laowai - od zawsze obcy.

 

Myślę, że Japończycy, z reguły kierujący się empatią w stosunkach międzyludzkich, bardziej kryją się ze swoją ksenofobią. Chińczyk to człowiek, często aż do bólu, szczery. Czasami, jako kobieta niewysokiego wzrostu i o ludzkich, bo brązowych oczach, bywałam komplementowana. Kiedy już prawie zaczynałam wierzyć, że jestem taka piaoliang (urodziwa) szybko sprowadzano mnie na ziemię dygresją, że gdzie mi tam do najpiękniejszych na świecie Zhong-guo xiaojie - chińskich panien. Następnie chiński gentlemen dręczył mnie dalej, każąc głośno podziwiać wdzięki siedzących obok przedstawicielek, tej samej w końcu, płci pięknej. Najlepsza na świecie jest też kuchnia chińska, najokazalsze są chińskie pałace cesarskie, a najpiękniejsze są chińskie krajobrazy. Najdoskonalszym systemem politycznym jest socjalizm z chińskimi cechami, najbardziej rozwinięta chińska kultura i filozofia, a największym myślicielem na przestrzeni dziejów był Przewodniczący Mao. Najgłębsze są chińskie kopalnie, najbardziej wydajne chińskie fabryki, nawet chińskie muchy latają szybciej od pozostałych... O tym co jeszcze różni Kraj Smoka od Kraju Kwitnącej Wiśni i od reszty obcych spróbuje opowiedzieć w następnym numerze Gazety, gdzie za pozwoleniem Państwa c.d.n.

 
1) junban- kolejność, po kolei, porządek rzeczy
 
2) burakumin - potomkowie różnych mniejszości etnicznych zmuszanych do życia poza nawiasem społeczeństwa

Skomentuj

Upewnij się że wypełniłeś wymagane informacje w polach oznaczonych (*).
Podstawowy kod HTML jest dozwolony.

Pozostań w kontakcie

© 2010 Polonia.JP

Logowanie lub Rejestracja

Zaloguj się